Kategorie: Wszystkie | Powieść | Prolog | Streszczenie
RSS
niedziela, 19 stycznia 2014

Delirium Amen – powieść fantasy z przymrużeniem oka.

Akcja powieści dzieje się współcześnie w Katowicach oraz w Zaświatach, alternatywnym świecie zorganizowanym na kształt zarządzającego ziemią urzędu.

Jednym z głównych bohaterów powieści jest Franciszek, ponad czterdziestoletni abnegat, samotnik opiekujący się gromadka kotów i bywalec podłych spelunek. Nie jest bohaterem w potocznym tego słowa rozumieniu. Nie posiada żadnych specjalnych uzdolnień, nie licząc jednej. Otóż będąc „pod wpływem" sprowadza Andżelusa - anioła, który zdaje się jego osobistym opiekunem.

W zaświatach, władze departamentu czwartego, których funkcjonariuszem jest Andżelus, zaniepokojone faktem niekontrolowanego sprowadzania na ziemię anioła, decydują się na eliminację problemu. Wysyłają w tym celu egzekutora, uzbrojoną w kosę istotę, która czasem ingeruje w podobnych przypadkach w liczebność ludzkiej populacji. Kiedy ten powraca, nie wykonawszy zadania, niepokój jego zleceniodawców wzrasta. Pojawia się hipoteza, że Franciszek jest anomalią zwaną homo alieni iuris. Formuła ta czyni dotkniętego ta aberracją Franca, całkowicie odpornym na próby zaszkodzenia mu przez urzędników departamentu. Nawet skierowanie małej asteroidy na jego rodzinne miasto spełza na niczym.

W czasie kiedy w Zaświatach ważą się jego losy, nieświadomy niczego Franciszek prowadzi swoje normalne życie. Jednak kiedy za jego sprawą w knajpce, w której spędza wieczór, pojawia się prócz anioła jeden ze starych bogów, sprawy nabierają tempa. Weles, słowiański bóg bydła i magii, przez ponad tysiąc lat był nieobecny w kontrolowanym przez siebie departamencie. Podobnie jak i cała plejada pozostałych bogów, na skutek pewnej intrygi, został podstępem pozbawiony władzy i zesłany w miejsce, z którego sam nie potrafił powrócić. Główną rolę w tym spisku odgrywała Lusiferia, kochanka obecnie sprawującego władzę Jehowaha, który po zniknięciu Starych Bogów, szybko awansował na najwyższe stanowisko w departamencie.

Weles, zwany Krowiorogim, wraca do departamentu i składa niezapowiedziana wizytę w gabinecie Jehowaha. Konfrontacja jest nieunikniona, jednak na razie obie strony nie są wystarczająco pewne zwycięstwa, by zdecydować się na rozwiązanie siłowe. Weles, wraz z nieodłącznym towarzyszem, Borutą, oraz nielicznymi poplecznikami próbują rozwiązać zagadkę zniknięcia starych bogów, oraz opracować plan przejęcia władzy. Jehowah także zbiera siły, jednak istotniejszym zdaje się dla rola, jaką w tym wszystkim pełni Lusiferia. Obie strony konfliktu, w pewnym momencie zaczynają zdawać sobie sprawę z roli, jaką w całej historii pełni Franciszek.

Lusiferia ma wiele do ukrycia, nawet przed swym kochankiem. Ten okazuje się tylko narzędziem w jej ręku. Zarówno pozbycie się starych bogów, jak i nieoczekiwany awans Jehowaha, było działaniem mającym na celu ukrycia pewnej tajemnicy. Jednak zanim jej rola stanie się dla nich jasna, Lusi decyduje się na osobisty kontakt z Franciszkiem. To spotkanie jednakże kończy się w nieoczekiwany sposób. To, co odkrywa, przyprawia ją o przerażenie.

Tymczasem Weles, korzystając ze słabości Lusi, decyduje się wreszcie na siłowe rozwiązanie sporu z Jehowahem. Do jego stronników dołączają Thor i Odyn, nieliczni bogowie, którym udało się nie podzielić losu pozostałych. Ukryci na jednym z niezamieszkałych światów, - Asgaardzie – czekali sposobności, by wrócić. Zanim jednak Krowiorogi wraz z drużyną rozpoczął walkę, Lusiferia odwiedza go, by podzielić się rewelacjami na temat człowieka, którego los splótł się z nimi. Weles obiecuje jej, że dla dobra Zaświatów, poświęci Franciszka. Tym razem to on wysyła na ziemię egzekutora. Jednak od rozprawy z Jehowahem nie zamierza odstąpić.

Egzekutor, zwany Ponurym pojawia się u Franciszka. W tym czasie z planowanej małej potyczki, w Zaświatach wywiązuje się bitwa, w której nieoczekiwanie szalę zwycięstwa na stronę Welesa przechylają ludzie. Jednak kiedy wydaje się, że przegrana Jehowaha i Lusi jest nieunikniona, na skutek zdrady padają zarówno Krowiorogi, jak i wszyscy jego poplecznicy. Jednak Jehowah nie jest zwycięzcą. Zdrada nie omija także jego i dzieli los wraz ze swoimi wrogami. Lusiferia, mimo utraty mocy, staje się jedyną władczynią departamentu czwartego.

Franciszek zdaje sobie sprawę z nieuchronności tego, co go czeka. Jednak to nie kosa egzekutora okaże się przyczyną jego śmierci. Bierze swój los we własne ręce i popełnia samobójstwo, skacząc z dachu.

Na tym kończy się pierwsza część, jednak to nie koniec tej opowieści.

W dwóch następnych częściach zostaną wprowadzeni nowi bohaterowie, a czytelnik dowie się więcej na temat roli człowieka w całej historii. W ich trakcie zostaną rozwinięte i wyjaśnione wszystkie dotychczasowe wątki, jak i wprowadzone nowe. Finał powieści będzie dla wielu sporym zaskoczeniem.

 

Za jego plecami rozległ się cichy trzask, a zapach ozonu przytłumił chemiczny zapach powietrza.

*

Nie odwrócił się. Wiedział, kto pojawił się za jego plecami. Nie miał pojęcia skąd, ale wiedział, że to egzekutor.

Ponury podszedł do Franca, i tak jak on oparł się o brzeg murku. Patrzyli w milczeniu przez dłuższy czas na budzącą się powoli ulicę. Franciszek splunął za krawędź, i obserwował, jak kropla śliny spada na łażącego po chodniku gołębia. Popatrzył na Ponurego. Jak zwykle nie można było dostrzec nawet najmniejszego fragmentu jego twarzy. Obszerny, sfatygowany zębem czasu kaptur, skutecznie to uniemożliwiał. A może Ponury nie miał twarzy? Możliwe.

- Co u Andżelusa? - Spytał w końcu.

- Nie wiem. Dawno go nie widziałem. - Padła beznamiętna odpowiedź.

- Pozdrów go. Kiedy go spotkasz. - powiedział Franc i sięgnął po papierosa.

Ponury odwrócił się w jego stronę. - Masz zioło? - pytanie było dość dziwne. Raz, że Franciszek prawie zawsze miał, dwa, że padło z takich, a nie innych ust. A raczej braku ust.

- Mam. Chcesz?

- Nie. Ty zapal. Wyluzuj.

- Nie muszę. Jestem wyluzowany. - Odpalił papierosa i rzucił zapałkę daleko poza krawędź dachu. - Wiem, dlaczego tu jesteś. - Dodał i wypuścił kłąb dymu.

- Skąd?

- Franciszek nie odpowiedział. Usiadł na pokrywającej dach papie i oparł się o komin. Palił z lubością, wciągając cały dym, jakby był łykiem powietrza dla tonącego. Egzekutor nie przerywał. Franc sięgnął po kubek i zrobił łyk letniej kawy.

- Widzisz, zawsze bałem się, kiedy myślałem o takiej chwili. Bałem się o siebie, o tych których zostawię, że stanie się to we śnie... bałem się nawet tego, co będzie potem.

- Potem nic nie będzie. Nic. - rzucił Ponury.

- No to jeden strach mniej. - Wiatr przybrał na sile, niosąc chłód. Franciszek zapiął bluzę. - A czy mógłbyś rozwiać jeszcze jeden mój strach?

- ?

- Chodzi o moje zwierzaki. Zostaną same... kiedyś.

- Kiedyś... Kiedy będzie taka potrzeba, zajmę się nimi. Nawet nie zauważą.

- Obiecujesz?

Zakapturzona postać skinęła głową.

- No i drugi mój strach mam z głowy. - Franc wwiercił wzrok w egzekutora.

- O trzeci też się nie martw. To nie stanie się we śnie.

- Wiem.

Wstał. Ponury chwycił mocniej kosę. Stali przez chwilę milcząc. Wiatr huśtał urwanym kablem od anteny, i jego stukanie o komin był jedynym dźwiękiem słyszanym w tej chwili na tym dachu.

- Chcesz coś powiedzieć? - spytał Ponury.

- Mam pytanie. Co z tą ochroną, którą mam? Tą homo coś tam.

- Homo alieni iuris. Nie masz już jej. Weles zdjął. To on mnie przysłał zresztą. - Chwycił mocniej kosę. - Może wolisz się odwrócić?

- Czekaj. A co z moim pierwszym strachem? Tym o siebie?

- Tu już nic nie mogę poradzić. Choć wierz mi, chciałbym.

- Ale ja mogę. - Franc podszedł do niego i spróbował jeszcze raz spojrzeć w twarz ukryta pod kapturem. Bezskutecznie. Minął go więc i wszedł na otaczający brzeg dachu mur. Odwrócił się tyłem do krawędzi.

- Ten strach o siebie to chyba w gruncie rzeczy strach o swoją duszę.

- Nie ma czegoś takiego jak dusza. To tylko ludzki wymysł.

- Tak, to ludzki wymysł. Ludzkie słowo określające to, co w gruncie rzeczy mamy najcenniejszego. Nie przychodzą mi teraz do głowy rzeczy cenne dla mnie. Mało ich było, i gdzieś je straciłem. Albo sprzedałem. Ale została mi wolność wyboru. - Znów wyjął papierosa i odpalił. Zachwiał się niebezpiecznie. Blacha, na której stał była śliska od porannej rosy. - Pozwól, ale zachowam tę możliwość.

- I pierwszy strach zniknie?

- Już znikł. - Odrzucił niedokończonego peta. - A co do moich zwierzaków...

- Obiecuję.

Franciszek westchnął. Rozłożył szeroko ręce. Za jego plecami wschodzące właśnie słońce stworzyło złoty nimb, okalający jego głowę.

- No i chuj! - powiedział pod nosem, zamknął oczy i przechylił się mocno do tyłu. Spadał.

*

Koniec tomu pierwszego.

 

- I co dalej? - Jehowah patrzył ciut zniecierpliwiony na bezruch panujący u stóp wzgórza.

- Czekamy, aż wyczerpią moc i bariera zniknie. - Odparła Lusi. - potem będą w twojej mocy.

Wszechmocny krążył po szczycie wzgórza z założonymi do tyłu rekami. Jakoś przestało mu zależeć na ekscytującym, bitewnym widowisku. Dokładnie od momentu, gdy zobaczył, jak łatwo Weles z kompanami rozprawił się z jego gwardią.

- Dobrze, poczekamy. A potem proces. Pokazowy. - Mówił raczej do siebie, bo Lusiferia skoncentrowana była na obserwowaniu niedawnego pola bitwy. - I trzeba będzie trochę przeredagować relację z tego wydarzenia. Dla celów propagandowych.

Lusi nie słuchała go. Patrzyła zaniepokojona. Mgła na stepie znów się podnosiła. Tym razem biała, gęsta jak mleko. Bardzo szybko zakryła wszystko dookoła, i dał się słyszeć przytłumiony dźwięk. Dźwięk przybierał na sile. Już wyraźnie było słychać okrzyki wściekłości i przerażenia. Te pierwsze należały do ludzi, te drugie były anielskie.

- Ludzie! - Skąd na Stwórcę wzięli się tu ludzie?! Patrz! - Jehowah, także zauważył to, co działo się u stóp wzgórza.

Mgła opadła równie szybko, jak się pojawiła, i ich oczom ukazał się przerażający widok. Rzeź. To słowo najlepiej oddawało tę scenę. Osiem tysięcy wyszkolonych aniołów Lusiferii, padało jak snopy zboża podczas żniw. A żniwiarzami byli ludzie. Wściekli, pijani rządzą mordu. Nie, nie byli armią. Byli wieloma armiami naraz. W kotłującym się tłumie można było dostrzec wojowników, żołdaków, konkwistadorów, i żołnierzy wszelkich nacji i epok. Obok napoleońskich kirasjerów siekących jej wojsko szablami, uwijali się burscy powstańcy. Szwedzcy pikinierzy Karola Gustawa łamali anielskie szyki równie skutecznie co chińscy bokserzy. Ramię w ramię z młodymi chłopakami z powstania warszawskiego, siekli, cięli i szarpali Czarnoskrzydłych, starzy weterani Waffen SS Dirlewanger. Wszyscy pijani ambrozją, miodem i piwem. I żądzą krwi. Słychać było tylko wrzask i jęki. I jeden okrzyk, wołany z akcentem wielu nacji:

- Valhalla! Valhalla!

Wśród nich górował Thor. Wywijał młotem, kładąc pokotem stojących mu na drodze. Przebijał się do otoczonych przyjaciół, którzy od razu wsparci swe posiłki.

Na dole trwało piekło. Na górze, panikował Jehowah.

- Zrób coś! Na Litość Moją, zrób coś!

- Czekaj. - Głos Lusiferii był dziwnie spokojny. - To jeszcze nie koniec.

I rzeczywiście, to nie był koniec. Kiedy wydawało się, że los jednak sprzyja Krowiorogiemu, nastąpiło nieoczekiwane.

Bariera, chroniąca dotychczas drużynę Welesa zgasła. W tym samym momencie wszystko zamarło. Ludzie, jeszcze przed chwilą dziesiątkujący szeregi Lusiferii, zniknęli. A w samym środku placu boju, na utworzonej przez nieistniejącą już barierę polanie, leżały ciała. Isztar, Dżordż, Odyn, Weles i poskręcany z bólu Boruta. I Thor, który dopiero co przedarł się do przyjaciół. Ich postacie przybrały barwę mgły, która unosiła się jeszcze tu i ówdzie. I powoli znikły. Pozostała tylko jedna postać. Dux Aliquantulus, Marny. Poprawił kosę i powoli ruszył w kierunku szczytu wzgórza.

*

- Skończone. - Powiedziała Lusi i pierwszy raz tego dnia usiadła. - Jak obiecywałam.

- On cały czas pracował dla ciebie? - Jehowah wskazał na Marnego.

- Nie pracuję dla nikogo. Zrobiłem, co chciałem. - Sprostował ten ostatni, i splunął na ziemię.

- Wszystko dobrze, ale gdzie oni są? Musi odbyć się proces. Ta sprawa musi mieć zakończenie przed trybunałem! Jeśli ich publicznie nie skarzę, - publicznie mówię, - prędzej czy później pojawią się plotki, że...

- Zamknij się! - Wrzasnęła na niego Lusi. - Zamknij wreszcie jadaczkę! - I podeszła do Marnego. - A co z Mokoszą? Nie widziałam jej tam.

Jehowah stał oniemiały. Jej zachowanie go zdumiało tak bardzo, że dopiero po chwili odzyskał głos.

- Jak śmiesz! Zapomniałaś, do kogo mówisz?

Odwróciła się do niego powoli. Na jej twarzy znów zagościł uśmiech.

- Wybacz kochany. - powiedziała, i spojrzała na Duxa.

Błysnęła kosa. W sekundę później, Wszechmocny i Wszechwiedzący Szef Wydziału ds. Ludzkich Departamentu Czwartego, Jehowah, leżał na zdeptanej trawie wzgórza. Po paru chwilach, przybrał kolor bielszy niż szaty, które zwykł nosić, i rozpłynął się na amen.

- Na czym myśmy to skończyli? - Marny podszedł do Lusi. - Aha, pytałaś o Mokoszę. Uciekła. - Wzruszył ramionami. - Ale teraz chyba czas udać się na Terium. Niedługo się ockną.

Lusiferia uśmiechnęła się.

- Nie ma takiej potrzeby. Nie dotarli tam.

- Więc gdzie są? - wątpił, że mu odpowie, ale spróbował.

Widzisz, kiedy powiedziałeś mi o planach Mokoszy, postanowiłam to oczywiście wykorzystać. To było łatwe. Przekierowałam uroczysko na zupełnie inne miejsce.

- Kiedy? Bo nie zauważyłem.

- Kiedy sprowadziłam swoje siły. Ta czerwona mgła. Ją pewnie zauważyłeś? Tak jak czar Isztar maskował magię Mokoszy, tak pojawiający się w operetkowy sposób Czarnoskrzydli, maskowali prawdziwą niespodziankę. Poza tym temu starem głupcowi takie teatrum bardzo przypadło do gustu.

- Więc gdzie są? - Zapytał ponownie.

Lusiferia sięgnęła po naszyjnik. Obracając go w palcach, rzekła tylko jedno słowo:

- Szeol.

 

- Zbliżają się. - Lusiferia zmrużyła lekko oczy, wpatrując się intensywnie w horyzont.

Siedzący obok niej na tronie Jehowach zrobił to samo. Przechylił się nawet do przodu, aby dostrzec to, o czym mówiła. Jednak w przeciwieństwie do niej nie miał zdolności akomodacji.

- Nic nie widzę. - Przyznał po chwili i zrezygnowawszy z bezowocnych prób dostrzeżenia przeciwnika, opał się z powrotem.

- Idą na piechotę.

- To dobrze czy źle? - Spytał Wszechwiedzący.

- To dziwne. - Odparła Lusiferia. - Spodziewałam się, że Isztar zmodyfikuje przestrzeń, tak jak ja to zrobiłam, i pojawią się tu błyskawicznie. A oni idą na piechotę.

- To dobrze czy źle? - Powtórzył.

- Ani tak, ani tak. Miałam nadzieję, że zrobią to, o czym mówiłam. Wtedy byliby mocno wyczerpani, a co za tym idzie, łatwiej byłoby ich pokonać. - Wyjaśniła. - Na szczęście taką okoliczność także wzięłam pod uwagę. Widzisz to miejsce? - I wskazała dłonią teren u stóp wzniesienia, na którym byli.

- Tak.

- Kiedy tam dojdą, wykorzystamy fakt, że z góry mamy większy zasięg, i że idąc, nie mogą stworzyć bariery energetycznej. Będą w pułapce. Chyba że jest coś, o czymś nie wiemy. - Dodała.

Jehowah poruszył się niespokojnie na swym boskim tronie. Jednak nie obawa o wynik starcia zaprzątała mu teraz myśli.

- Zaraz. Czy dobrze rozumiem? Twój plan polega na tym, że kiedy staną u stóp wzgórza, będą musieli od razu przejść do defensywy? A my wytłuczemy ich jak jakieś kaczki?

- Taki właśnie jest teraz plan. Na tym polega szybkie reagowanie na zmieniające się warunki. - Nie mogła powstrzymać się od nutki sarkazmu.

- A gdzie bitwa? Patos i epickość, które przeniosą to zdarzenie do historii? Chcesz to załatwić w dwa kwadranse? Nie kochana. Zrobimy to po mojemu. - Wstał i zamachał energicznie palcem przed jej oczami. Potem odwrócił się i przywołał pstryknięciem palców stojącego za tronem cherubinka.

Ten, onieśmielony stanął przed Jehowahem i podał mu zwój pergaminu. Wszechmocny zabrał go i podał skonsternowanej Lusi. Rozwinęła go i zaczęła czytać. Na samej górze, wielkimi literami było napisane:

„Armagedon – Konspekt Wydarzeń"

Popatrzyła na twórcę tej notatki. - Ty chyba kpisz. - Stwierdziła, a po chwili zaczęła przebiegać szybko wzrokiem po tekście.

- Zwariowałeś.

- Nie tym tonem, kochana. Pamiętaj, że jeszcze nie do końca ci wybaczyłem.

Wiedziała, że musi się dostosować. - Dobrze, niech ci będzie. Ale przynajmniej pozwól, abym to ja realizowała ten twój... scenariusz.

Skinął głową na zgodę, i wrócił na swój złoty tron. Cherubinek podreptał z nim, a Jehowach rozsiadłszy się dostojnie, rzekł do niego:

- Notuj. „I wkroczyła Bestia ze sługami swemi na pola Armagedonu. A weszła tam, aby przemóc chwałę Pana, Boga Najwyższego, i zasiać chaos, śmierć i zniszczenie. I wstrząśnięte zostały mocą niebiosa..." - Przerwał, odwrócił się do stojących z tyłu archaniołów i powiedział:

- Ej, Wy tam! Niech no, który wstrząśnie niebiosa.

*

Kiedy Weles z przyjaciółmi dotarli na tyle blisko, by móc już dostrzec srebrno złote sztandary z monogramem Jehowaha, przystanęli. Prócz sztandarów dostrzegli stojący u stóp wzgórza anielski szereg, który z pewnością miał za zadanie chronić stojących na szczycie Dżimiego z kochanką. Ten patetyczny sztafaż, dopełniało dość żałośnie brzmiące brzdękanie cymbalistów i niezbyt skoordynowany ryk trąb. Mimo dość znacznej odległości słyszeli je dobrze.

- Dobra. Na chwilę tu przystaniemy, a Mokosza wyjaśni wam plan. - Powiedział Krowiorogi.

Bogini odeszła parę kroków i zwróciła się do oczekujących poleceń towarzyszy.

- Kiedy dojdziemy na dostateczną odległość, ale zanim znajdziemy się w ich zasięgu, rzucę na cały teren zaklęcie. Polega ono na tym, że ktokolwiek zostanie ogłuszony, od razu zostanie przeniesiony w pewne miejsce. - Sprawiała wrażenie opanowanej, jednak w jej głosie słychać było nutę napięcia. - Z początku planowaliśmy z Welesem i Marnym, że kiedy to zrobię, wycofam się i nie będę uczestniczyć w bitwie. Po to, by jeśli ktoś z nas oberwie, móc sprowadzić go bezpiecznie do departamentu.

Zrobiła przerwę, upewniając się, że zrozumieli. Wszyscy pokiwali tylko głowami.

- Musicie wiedzieć, że po takiej podróży, jest się przez dobrą chwile pozbawionym całej mocy. Jeśli jednak wszystko pójdzie po naszej myśli, i padnie Jehowah oraz Lusi, wtedy wraz z Duxem unieszkodliwimy ich tam, w miejscu gdzie zostaną przeniesieni.

- Zaraz, jak to planowaliśmy? Plan dalej jest taki jak wcześniej. - Powiedział Marny. - Robisz uroczysko i wycofujesz się.

- Sytuacja uległa zmianie. - Mokosza wskazała rozciągający się wokół step. Poz tym Jesteśmy osłabieni brakiem Ponurego. Zostaję.

- A kto nas ściągnie?

- Sami wrócicie. Miejscem docelowym będzie dobrze wszystkim znane Terium. A na wszelki wypadek, Ponury po zakończeniu swej misji, będzie tam na was czekał. Lub, miejmy nadzieję na Jehowaha.

Weles chciał zaoponować, ale przerwał mu głośny grzmot. To niebo nad wzgórzem pociemniało, i wydało z siebie kilka dość mizernych błyskawic.

- Nic. Niech będzie. Ruszajcie się. Nie będziemy tu tkwić przez wieczność. - Zakomenderował.

Kiedy dotarli do miejsca, które wybrała Mokosza, przyjęli obronne pozycje. Wszyscy z wyjątkiem niej i Isztar, roztoczyli solidne pole ochronne. One dwie modyfikowały przestrzeń. Mokosza rzucała czar uroczyska, a Isz maskowała jej działania, ścieląc grubą warstwę mgły na przyszłe pole bitwy. Chodziło o to, by obrońcy nie przejrzeli ich planu.

Kiedy cały obszar został zmodyfikowany, Krowiorogi dał chwilę wyczerpanym boginiom na odpoczynek. W tym czasie poinstruował pozostałych.

Dżordż, Thor i Odyn, razem ze mną zaatakują wpierw stojących u stóp wzgórza cherlaków, Marny wraz z Połańcem i dziewczynami stworzą wokół nas barierę. Powinna wystarczyć. Tobie – zwrócił się do milczącego dotąd Boruty, nie muszę chyba mówić co robić. - Koźlonogi wzdął tylko obfite wargi i zabeczał.

- No to ruszamy. W szyku.

Szli powoli. Bez ochronnej bariery, jednak gotowi w każdej chwili błyskawicznie ją stworzyć. Mimo iż przekroczyli jakiś czas temu granicę, gdzie byli w zasięgu obrońców, atak nie następował. Jedynie świdrujący dźwięk wydawany przez niezbyt utalentowanych cymbalistów, stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Wtórowały mu równie nieporadnie używane trąby i rozlegające się raz na jakiś czas rachityczne grzmoty.

- Czy chcą nas wykończyć muzyką? - Zastanowił się głośno Dżordż. - Idący obok Odyn zarechotał na te słowa.

Kiedy uszli jakieś dwieście kroków, Krowiorogi nakazał wszystkim zatrzymać się, i roztoczyć barierę.

Od tej chwili sprawy potoczyły się szybko. Kiedy tylko błękitna poświata roztoczyła się wokół grupy, Weles, Dżordż i bliźniaki uderzyli w stojących naprzeciw gwardzistów Jehowaha.

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Ze wzgórza pomknęły w ich kierunku dwie silne fale energii. Jednak nie dały rady przebić się przez barierę chroniąca drużynę. Za to oni zrobili małe spustoszenie wśród broniących swego szefa aniołów. Część z nich padła od kuli energii posłanej przez Dżordża, a atak Thora i Odyna zachwiał ich szeregiem. Welesowi udało się to samo. Jednak największe spustoszenie wśród gwardii zrobił Boruta. Nie atakował mocą, tylko rogami, i kopytami. Nie wiadomo jak, zmaterializował się w samym środku wrażych szeregów, siejąc chaos i rozdając kopniaki. Dotkliwe pogryzienia także były jego specjalnością. Największą furie wyładował na stojących z boku cymbalistach. Kiedy wydawało się, że bitwa jest wygrana, nastąpiło coś nieoczekiwanego.

Podniosła się mgła. Ale nie ta stworzona przez Isztar. Inna, krwistoczerwona i gorąca jak unosząca się z kotła para. Atak na szeregi Jehowaha zamarł. Ze szczytu wzgórza także przestano razić stojących na dole. Drużyna Welesa zamarła w oczekiwaniu, jedynie Boruta jak w amoku gonił wycofujących się w panice gwardzistów.

Po chwili mgła rozwiała się, i oczom ich ukazał się nienapawający optymizmem widok. Dookoła stały szeregi aniołów. Ale nie byli to urzędnicy po szybkim szkoleniu wojskowym, tylko regularna armia. Czarnoskrzydli, w czarnych jak bezksiężycowa noc szatach, górujący nad przeciętnymi aniołami wzrostem, budzili respekt. No i ich ilość. I fakt, że wielu z nich było archaniołami.

Thor rozejrzał się dookoła i zaklął szpetnie.

- No to przedupcone. - Dodał Odyn.

Chyba trzeba pomyśleć o wycofaniu się – rzucił Dżordż.

- Jak?! Ty możesz, ale my trzymamy barierę. - Zaprotestował Połaniec. - Zanim zwiejemy, będzie po nas. Nie widzisz archaniołów?

- No to co robimy? - Nawet Weles był bezradny.

- To ja na chwile przepraszam. - Powiedział Thor i zaczął wchodzić w Nieprzestrzeń.

- A ty gdzie?! Stój tchórzu! - Wrzasnął Dżordż i rzucił się, aby chwycić znikającego Thora.

- Nie mów tak o nim! - Odyn podsunął pięść pod nos archanioła.

- Spokój mi tu! - Weles przywołał wszystkich do porządku. - Czekamy. Isz, Mokosza, Trzymajcie barierę. A ty, Połaniec, ściągnij tu z powrotem Borutę.

Stary anioł skoncentrował się, i po chwili byli już w komplecie. Otaczająca ich armia stała w bezruchu. Byli w szachu.

 

Franca obudziły koszmary. Zerwał się z łóżka, jak gdyby ktoś oblał go kubłem zimnej wody. Zresztą to określenie bardzo pasowało, gdyż był mokry od potu. Usiadł i przetarł twarz dłońmi. Nie pamiętał snu, ale wciąż był rozdygotany. Dwa z jego sześciu kotów przyglądały mu się w milczeniu niczym sfinksy siedzące u jego stóp. Dwa z sześciu, gdyż niedawno jego stado pomniejszyło się niespodziewanie. Odeszła Rachelka, której śmierć Franc przeżył chyba bardziej, niż ojca. I Mruczuś, łaciaty kocur o nieobliczalnych pomysłach.

Wstał i poczłapał do łazienki.

Tego dnia nie musiał iść do pracy, więc jak to miał w zwyczaju, powinien ogarnąć choć trochę panujący w mieszkaniu nieład. Jakieś pranie zrobić, albo uporządkować zasłaną książkami i różnym śmieciem podłogę.

Jednak nie miał ani siły, ani ochoty cokolwiek robić.

Wiedział co to depresja. Choć sam nigdy tego stanu wcześniej nie doświadczył, parę bliskich mu kiedyś ludzi – owszem. Im bardziej myślał o tym, jak się właśnie czuje, tym bardziej był zdziwiony faktem, że nie potrafi z tym nic zrobić. Może dlatego, iż nie potrafił znaleźć przyczyny tej beznadziei, która panoszyła się w jego głowie i pod żebrami. Rozpychała się tam, dusząc wszystkie dobre uczucia w zarodku.

Zaparzył kawę i sięgnął po papierosa. Paczka była prawie pusta. Został jeden.

- „Kurwajegojebanamać". - Zazwyczaj w takich sytuacjach, właśnie taki komentarz padłby z Franciszkowych ust. Jednak nie dziś. Zapalił, lecz zamiast delektować się smakiem „ostatniego przyjaciela z paczki", otwarł puszkę kociego żarcia i nakarmił zwierzaki.

Kiedy skończył, zabrał parujący kubek czarnego naparu, i wszedł na dach.

Świtało. Różowa łuna rosła, wypierając powoli, acz wytrwale granat nieba ku zachodowi. Lekki wiatr niósł od Chorzowa ledwo wyczuwalny, chemiczny zapach. Jeszcze parę lat temu, byłby to smród nie do wytrzymania. Jednak teraz, kiedy dzięki transformacji ustrojowej, padło wiele hut i fabryk, powietrze znów stało się czyste. No prawie. Tylko że mieszkający tu ludzie nie cieszyli się zbytnio z tego faktu. Wielu okupiło go, tracąc pracę, i nadzieję na lepsze jutro.

Podszedł do komina, w którym widniała sporych rozmiarów wyrwa po talerzu anteny. Zwisający smętnie kabel, dyndał poruszany wiatrem. Odsunął go i wyjął obluzowaną cegłę. W prowizorycznej skrytce, prócz blaszanego pudełka z zielskiem, leżała pomięta paczka fajek. Sięgnął po nią i wsunął cegłę na miejsce.

Jaśniejące od strony Mysłowic niebo, zbudziło ptaki. Upił łyk stygnącej kawy i wrócił wspomnieniem do wydarzeń sprzed paru dni. Próbował przypomnieć sobie, co właściwie tu zaszło. Nie potrafił. Zrezygnowany podszedł do krawędzi dachu i spojrzał w dół, na ulicę.

Za jego plecami rozległ się cichy trzask, a woń ozonu przytłumiła chemiczny zapach powietrza.

 

Jehowah stał na wzgórzu, a u jego stóp rozciągała się trawiasta równina. Parę godzin temu, w tym miejscu było atrium jego domostwa. Kiedy zbudził się po niespokojnym śnie, miast niego zobaczył ciągnący się wiele mil wokół, zielony step. Z całego jego domostwa została tylko sypialnia, a i ona po niedługim czasie zmieniła się w obszerny, wojenny namiot.

- Trzeba przyznać, że jest niezastąpiona. - Powiedział cicho do siebie.

Wątpliwości - i, co by nie mówić, - pewna obawa z dnia poprzedniego minęły. Świadomość, że ma po swej stronie Lusi, rozwiała jego wszelkie obawy co do wyniku starcia z Welesem. Że o ośmiu tysiącach aniołów obiecanych jako wsparcie, nie wspominając.

Rozejrzał się w poszukiwaniu kochanki. Zobaczył ją mniej więcej w połowie wzniesienia, od strony, z której spodziewali się ataku. Rozstawiwszy już wcześniej szyk jego gwardzistów, rozmawiała o czymś z dowodzącym nimi archaniołem. Trwało to tylko chwilę, po czym uniósłszy lekko suknię, wdrapała się po zboczu. Oczywiście nie było po niej widać nawet cienia zmęczenia.

- Rozstawiłam twoich. Moi przybędą dopiero w odpowiednim dla nas czasie. - Oznajmiła.

- A może by ich tak ustawić od razu? - Zaproponował Jehowah. - A po bokach ustawiłbym jakieś sztandary, takie wysokie, wiesz. No i dobrze by było, żeby w chwili rozpoczęcia bitwy kilkunastu z nich zadęło w surmy. To by mogło być niezłe, nie uważasz? - Roztoczył przed nią operetkową wizję.

- Jehu. To jest bitwa, a nie cyrk. Ważą się nasze losy. Nasze i całych zaświatów. Dorośnij.

- A czym ryzykujemy? - Jego buta już całkiem wyparła obawę. - Nie mają najmniejszych szans. - W tym momencie dostrzegł idących w kierunku swego oddziału, dwóch gwardzistów. - Wy tam! Rozdajcie parę trąb tam na dole. I jakieś sztandary po bokach niech postawią. Czy coś w tym guście. Zresztą, sam się tym zajmę. - I potruchtał w dół zbocza.

Lusi westchnęła i uniosła oczy ku niebu w geście rezygnacji.

*

Odyn pchnął oburącz wielkie, okute wrota domostwa Jehowaha. Kiedy rozwarły się na oścież, stojących przed nimi popleczników Krowiorogiego, zalała fala światła. Weszli w nie. Czujni i gotowi do walki. Jednak, kiedy przestąpili zalany światłem próg, nie wydarzyło się nic. No, może z wyjątkiem zaskoczenia.

- No nieźle. - Pierwsza odezwała się Isztar. - Zmodyfikował przestrzeń.

Raczej pani geolog to zrobiła – Odparła Mokosza. - Faktycznie niezła robota. - I rozejrzała się dookoła.

Stali na czymś, co przypominało wielkie pastwisko. Naprawdę wielkie. Na wiele mil dookoła, rozciągała się gładka, trawiasta równina. Jedynie gdzieniegdzie powietrze falowało lekko, zdradzając niedoróbki wynikłe prawdopodobnie z pośpiechu przy tworzeniu tego miejsca. Ale i tak, efekt był mistrzowski. Jedynie za ich plecami stały zamknięte już teraz wrota, przez które tu weszli. I wprowadzały odrobinę surrealizmu. Naprzeciw nich, można było dostrzec na horyzoncie coś jakby wzniesienie. Był to jedyny, duży punkt odniesienia w tej scenerii. I prawdopodobnie miejsce, gdzie znajdą Jehowaha.

- Mogłabyś? - Weles zwrócił się do Isztar, i wskazał dłonią wzgórze.

Ta wystąpiła naprzód, i przyłożyła dłoń do skroni. Zamknęła oczy i skupiła całą swa wolę.

- Widzę. - Powiedziała po chwili. - Widzę... cymbalistów.

- Że co? - Odyn i Thor zapytali jednocześnie, jak na bliźniaków przystało. Choć tak naprawdę bliźniakami nie byli.

- No, cymbalistów! - Odparła skonsternowana tak jak i reszta. - I trębaczy. Zaraz... Widzę Dżimiego... Siedzi na tronie na szczycie wzgórza... A nad głowa ma jakąś szmatę czy płachtę... Coś tam jest napisane...

- Co? - Nie wytrzymał napięcia Połaniec.

- Gloria... in excelsis... deo. - Przeczytała powoli Isztar.

- Bufon. - Skomentowała wizję Mokosza. - Ręce opadają...

Weles przerwał uszczypliwe komentarze, które naturalnie się zaraz pojawiły.

- Kto jest z nim? I jakie mają wsparcie?

- Jest z Lusiferią. Nikogo więcej nie widzę. - Isz ponownie skupiła się na wizji. - do tego czterdziestu aniołów jako wsparcie. Ale część dmucha w trąby.

- Dobrze, wystarczy. - Rzekł do niej i odwrócił się do pozostałych. - Jeśli te gamonie przerwą koncert i skupią się na robieniu bariery, to trochę nam zejdzie, zanim dobierzemy się wszechmocnemu do kupra. I jego bogince. - Dodał. - Czas ruszać.

Isztar jednak miała coś jeszcze do dodania.

- Dlaczego osłabił swoją obronę, każąc części z nich grać na cymbałach? Przecież już teraz powinni koncentrować się na obronie, jeśli na być skuteczna. To nie logiczne.

- Może i nie logiczne, - rzucił Dżordż – ale świetnie wygląda. - I poprawił uciskającą w kroku zbroję.

 

Szli szybko. W chwili, gdy opuszczali kwaterę Welesa, na korytarzach nie było prawie nikogo. Im bardziej jednak zbliżali się do celu, tym więcej zdziwionych spojrzeń podążało za nimi. I tym większe poruszenie wywoływali wśród podążających we wszystkich kierunkach mieszkańców zaświatów.

Weles szedł przodem. Jego krowi nimb jarzył się mocną czerwienią, a na twarzy malowała się zaciętość. Tuż za nim kroczył Dżordż, który przywdział nie wiadomo po co, paradną, czternastowieczną zbroję. Może i była archaniołowi zbędna, ale świetnie w niej wyglądał. Trzymając przyłbice pod pachą, słał uśmiechy co urodziwszym anielicom. Cały on. Obok niego szła Mokosza z podskakującym lekko Borutą. Za nimi Połaniec, piękna jak zawsze Isztar i Dux Aliquantulus, czyli Marny. Korowód zamykał idący nieco z tyłu Ponury.

Kiedy dotarli do Wielkiej Galerii, dołączyli do nich, już tam czekający Thor i Odyn. Oni również, tak jak Dżordż, przywdziali bojowy rynsztunek. Thor dodatkowo trzymał w dłoni dziwny przedmiot.

Grupa przystanęła na chwilę, by przywitać się z bliźniakami.

- Gotowi? - Niepotrzebnie spytał Weles, gdyż gotowość wyzierała z każdego kawałka nordyckich bogów.

- Na bitkę? Zawsze. - Uśmiechnął się promiennie Odyn.

Weles popatrzył na Thora.

- A to co? - Wskazał na trzymany w jego ręku spory przedmiot.

- To? Młot. Mjollnir. - Mjollnir powędrował pod nos Krowiorogiego celem prezentacji. - Świetna rzecz.

- Po co ci to?

- W sumie to nie wiem, ale wyczuwam potencjał. - Odparł nieco skonfundowany Thor.

Weles wzruszył ramionami.

- No dobra. Idziemy. - Rzucił przez ramie do pozostałych.

Tym razem nie szedł już w pierwszym rzędzie sam. Odyn zajął miejsce po jego prawicy, a wywijający mjollnirem Thor kroczył po lewej. Przemaszerowali przez Galerię, a gęsty już w tym miejscu tłum, rozstępował się bojaźliwie na ich widok. Słychać było gorączkowe szepty, i stukot oddalających się spiesznie kroków. Jednak tu i ówdzie, można było dostrzec uśmiech.

Kiedy dotarli do siedziby Jehowaha, zauważyli, że zazwyczaj pełen petentów korytarz pod jego drzwiami, jest pusty.

- No i zaskoczenie czorty wzięli. - Rzucił Weles. - Trudno, wchodzimy.

- Zaczekajcie. - Isztar podeszła do drzwi. Wszyscy obecni wiedzieli, że opowieści o jej intuicji nie są przesadzone.- Coś jest nie tak...

- Jest czy nie, i tak trza nam tam wejść. - Niecierpliwił się Odyn. - zaczynajmy ten Ragnarok.

- Co? - Dżordż, który założył już hełm, niedosłyszał ostatnich słów bliźniaka.

- Co powiedziałeś? - Mokosza dołączyła się do pytania. Jednak nie z powodu słabego słuchu. - Powtórz, co mamy zacząć.

- No, Ragnarok. - Odyn nie rozumiał całego tego zainteresowania. - Taką opowieść słyszałem o bitwie bogów. I ta bitwa tak się nazywała. Pasuje do sytuacji, nie? - Uśmiechnął się do pozostałych. Thor przytaknął ochoczo.

- A wiesz, jak się skończyła ta opowieść? - Wolno zapytała niekryjąca wzburzenia Mokosza.

- Nie pamiętam. Bo co?

- Weles, pozwól na chwilkę. - Bogini zignorowała Odyna i pociągnęła Krowiorogiego za rękaw na bok. Kiedy stanęli z dala od pozostałych, powiedziała:

- Słuchaj, myślałam o tym, co mówiła Lusi. O ludziach. - Dodała, widząc, że Weles nie rozumie. - I coś w tym jest. Oni prorokują. Wiem, że to się zdarza, ale żadna znana mi rasa nie wpływa proroctwami na nas. Przełóżmy to. - Widać było, że bardzo się denerwuje.

- Dlaczego?

- Ta opowieść, ten cały Ragnarok nie kończy się dla nas pomyślnie.

- Wiesz, że nie mamy odwrotu. Musimy zrobić to teraz. - Weles objął przejętą partnerkę. - Ale obiecuję, że po wszystkim zajmiemy się tą sprawą.

- A jeśli pójdzie coś nie tak?

- To zajmie się tym Lusiferia.

- A jeśli kluczem do tego jest ten Franc? Wiesz, że ona nie może mu nic zrobić.

Krowiorogi zamyślił się.

- Dobrze. Wyślę Ponurego, niech to zakończy teraz. Choć to uszczupli nasze siły. - Powiedział i przywołał egzekutora.

Ten wysłuchał polecenia i bez zbędnych pytań skoncentrował się, by wejść w Nieprzestrzeń. Jednak zanim to nastąpiło, podeszła doń Mokosza i szepnęła mu coś do do ucha.

- Wszystko w porządku. - powiedział Weles, widząc zdziwienie pozostałych. - Gotowi? Wchodzimy!

 

- Przyjdą?

- Tak. Rano.

- Musimy się przygotować.

- Już wszystko przygotowałam. Nie martw się.

Jehowah jednak, mimo pozornego spokoju, denerwował się. Zbyt szybko to wszystko się działo. Myślał, że ma więcej czasu. Nie zbierze tylu sił, by spokojnie oczekiwać konfrontacji z bandą Krowiorogiego. Na szybko zebrał czterdziestu dobrze wyszkolonych aniołów ze swej straży przybocznej, i paru archaniołów. Czterech dokładnie. To razem z nim i Lusiferią daje sześcioro obdarzonych mocą, pozwalającą czynnie walczyć. Straż będzie ich tylko osłaniać w pierwszym szeregu. Ich modły stworzą coś w rodzaju tarczy, zza której będzie można razić popleczników Welesa.

- Czy któryś z egzekutorów przybędzie, by nas wesprzeć? - Spytała Lusi. - Prócz Marnego rzecz jasna.

- Nie wiem. Wysłałem listy, ale nie przyszła żadna odpowiedź. - Jehowah był tym faktem mocno poirytowany. - Klnę się na wszystko, kiedy skończę z Welesem, zabiorę się im do dupy! Wszystkim, którzy zawiedli.

Fakt. Większość dygnitarzy, tak chętnie pracujących dla Jehowaha, była niedostępna. Teraz kiedy potrzebował ich najbardziej.

Wstał od stołu i podszedł do okna. Granatowe, czyste niebo nijak nie pasowało do tego, co miało się wydarzyć. Światło gwiazd odbijało się w kamiennej sadzawce na środku atrium, a woń ziół rosnących dookoła, przyprawić mogła o zawrót głowy.

- Gdzie to rozegramy? Chyba nie w ogródku? - Zapach rozmarynu jeszcze bardziej rozbudził jego frustrację. - Mam walczyć w rabatach?

Lusi uniosła się na łożu i wsparta na łokciach powiedziała:

- Mówiłam ci już. Wszystko przygotowałam. Chodź do łóżka.

Posłuchał. Zzuł kapcie z monogramem JHWH, i położył się obok kochanki. Ale usnąć nie mógł. Wiercił się przez jakiś czas, po czym znowu wstał i nalał sobie puchar krystalicznej wody.

- No daj już spokój. - Lusiferia starała się uspokoić chodzącego w te i wewte Jehowaha. - Dlaczego się martwisz? Obiecuje, że jutro nic nas nie zaskoczy. Wracaj do łózka.

Położył się znowu, jednak nie był długo cicho.

- Myślisz, że czterdziestu gwardzistów wystarczy do osłaniania nas? Weles chyba nie ma tylu? A właściwie, na jakie poparcie może liczyć? - Zasypał usypiająca już kochankę pytaniami.

- Kurcze, Jehu... Ja muszę rano wstać. Zanim przyjdą muszę jeszcze co nieco zrobić. - Odwróciła się do niego. - Wiesz, czterdziestu wystarczy. Ale żeby cie uspokoić, przybędą jeszcze moi, z geologii.

- To dobrze. - wszechmocny uspokoił się rzeczywiście. - Ilu? - Spytał jeszcze od niechcenia.

- Osiem tysięcy. - Odparła i odwróciła się plecami. - Idź wreszcie spać.

- Ilu?! - Jehowah aż podskoczył. - Powiedziałaś osiem tysięcy?!

- Tak. Starczy?

 

Od czasu spotkania z nieznajomą na swym dachu, Franciszek czuł się nieswojo. Nie pamiętał wszystkiego, co wtedy zaszło. Ale to nie ta niewiedza była powodem jego samopoczucia. Nie raz przecież doświadczał „urwania filmu". Tym razem był jakiś inny powód. Jakaś ciemna chmura zawisła nad nim. Nie dosłownie rzecz jasna. Czuł niewytłumaczalny, irracjonalny smutek.

Franc wracał do domu. Właśnie udało mu się nabyć w okazyjnej cenie dwadzieścia osiem puszek kociego żarcia. Dwie wypchane torby obijały się o Franciszkowe kolana, skutecznie utrudniając slalom po rozkopanej i upstrzonej psim gównem głównej arterii miasta. Postapokaliptyczny sztafaż zorganizowany przez Włodarzy nie zachęcał. Chyba że do schlania się w trupa. Kiedy Franc mijał księgarnię specjalizującą się w dewocjonaliach, zauważył klęczącą w jednej z kałuż postać. Pewnikiem był to osobnik, który dał się zachęcić. Przystanął.

Wszystko ok? Spytał, choć pytanie było retoryczne.

Nnnieee... Muszzze wstać... - wybełkotał klęczący.

Franciszek rozejrzał się. Tłum przechodniów płynął obok i tylko czasem spoglądał na pijaka. Ze zrozumiałym obrzydzeniem oczywiście. Co było robić? Franc przerzucił obie siatki w prawą rękę, a lewą starał się podnieść zalanego w trupa obywatela. W trakcie, kiedy obaj wykonywali swego rodzaju egzotyczny taniec, z księgarni wyszła starsza, elegancko odziana pani.

To bardzo miłe z pana strony - zwróciła się do dyszącego Franciszka - W dzisiejszych czasach takie zachowanie to rzadkość. - I poszła w swoją stronę.

"Żebyś cholero chociaż siatki mi przytrzymała" - pomyślał.

Szarpnął delikwentem po raz kolejny. I ta próba przywrócenia pionu ubabranemu błotem pijaczkowi spełzła na niczym. Kątem oka zauważył przyglądającego się całej scence starszego jegomościa o wyglądzie przedwojennego inteligenta.

Pan go zostawi. Sam się tak urządził, to niech leży. To tylko pijak....

Może tylko pijak... - odparł, sapiąc Franc - a może jakiś Jerofiejew...

Nie spodziewał się, że mężczyzna zrozumie. Ten jednak zamyślił się i po chwili złapał pijusa za drugie ramię.

Może i racja? - dorzucił.

Kiedy postawili już gościa na nogi, ten, nawet nie podziękowawszy, odszedł chwiejnym krokiem, by po chwili zniknąć w tłumie. Franc poprawiwszy pakunki, ruszył w kierunku domu.

Proszę pana! - usłyszał za plecami. Człowiek, który przed chwilą pomógł mu unieść pijaczka, podszedł do Franciszka.

Dlaczego pan to zrobił?

Dla sławy. - Odparł. - I żeby wzbudzić podziw.

Niech pan nie żartuje. Ja poważnie pytam.

Franc odstawił torby. Popatrzył przez chwile na stojącego naprzeciw jegomościa, wyjął i odpalił papierosa.

Bo widzi pan, gdyby ten pijak leżał nieruchomo, to może bym to olał. Ale on próbował się podnieść. A ja zobaczyłem w jego wysiłku alegorię człowieczeństwa. Podstawową, pierwotną, wręcz archetypiczną wolę przetrwania, zachowania resztek godności. To stan, który jest mi osobiście bliski.

Mężczyzna spojrzał na Franciszka dziwnym wzrokiem.

Pan musi lubić ludzi. - Stwierdził.

Ja? Raczej nie. - Odparł i wypuścił chmurę dymu. - Właściwie to lubię tylko paru. Reszta mi zwisa. Ludzie zasadniczo są marnym obiektem do lubienia. Zaś kiedy są w tłumie, to raczej wywołują u mnie obrzydzenie.

Tłum to też ludzie.

Tłum to bezrozumna masa, proszę pana. - Franc wykonał ruch głową, jakby wskazywał na płynącą dookoła nich rzekę przechodniów. - Jeszcze, kiedy każdy z nich jest zajęty sobą, są w miarę nieszkodliwi. Gorzej, kiedy coś ich jednoczy. Jakaś wzniosła idea. Wtedy staja się tępi, głupi i żądni krwi. Wiem, co mówię.

Może trochę pan przesadza.

Nie. To nie tłum pomógł mi podnieść tego pijaka, tylko pan. Tłum takie rzeczy olewa – rzucił niedopałek w kałużę i zgasił go butem. - A właściwie, dlaczego mi pan pomógł?

Starszy mężczyzna milczał przez chwilę, jakby szukał odpowiedzi.

- Hm. Chyba zrobiło mi się wstyd. Wie pan, uświadomiłem sobie, że kiedyś też zobaczyłbym w nim Jerofiejewa. Nie wiem, co się ze mną stało, nie wiem, nawet kiedy, że teraz widziałem tylko pijaczynę.

Zamilkł. Stali tak jeszcze przez krótką chwilę, obaj jakby zażenowani tym niespodziewanym wyznaniem. Wreszcie Franc podniósł torby i odwrócił się. Kiedy odchodził, usłyszał:

Pan jest wierzący?

Tak. Bardzo. Tylko jeszcze nie wiem w co. - Rzucił przez ramię i popłynął z tłumem.

*

Dux Aliquantulus, szerzej znany jako Marny, skończył pisać i odczekawszy chwilę, aż wyschnie inkaust, zwinął pergamin. Odłożył pismo na bok, i zabrał się za następne pismo. Nie dane było mu jednak go ukończyć. Energiczne pukanie do drzwi kancelarii zmusiło go do odłożenia pióra. Wstał i otworzył drzwi. W progu stał, żując garść siana, Boruta. Pojedyncze źdźbła wystawały mu z pyska, nadając biesowi komiczny wygląd. Chwilę trwało, zanim przełknął.

Krowiorogi prosi, byś przyszedł – wystękał wreszcie.

Teraz?

Uhum. Cosik ważnego mo do ciebie.

Gdzie? - Marny był nad wyraz powściągliwy w słowach.

U Mokoszy jest. Aha, Prosił, żebyś nikomu nie godoł, że się spotykocie.

Ktoś jeszcze?

Nie, Ino ty, on i ona. Ale nic więcej nie wiem. - Odwrócił się, i odszedł.

Dojście do komnat Mokoszy nie zajęło Duxowi wiele czasu. Zarówno kancelaria egzekutorów, jak i jej domostwo leżały na peryferiach departamentu, z dala od głównych urzędów. Jednak mimo to, poszedł okrężną drogą.

Witaj. - Weles wstał z szerokiej ławy na widok wchodzącego duxa. - Miodu?

Daj. - Marny skinął głowa w geście powitania siedzącej na ławie Mokoszy. Kosę odstawił przy drzwiach, a wysłużoną torbę położył obok niej. Usiadł.

Musimy się naradzić – Krowiorogi podał mu drewniany kubek. - Ale niekoniecznie w większym towarzystwie.

Co masz na myśli?

Nic. Dmuchamy na zimne. - Powiedziała Mokosza. - Rozumiesz...

Myślicie, że ktoś może zdradzić? - Dux dolał sobie do pełna. - Wątpię.

Nie wiem. - Weles podrapał się po brodzie. Widać było, że czuje się nieswojo okazując nieufność pozostałym.- Nie wiem. Nieważne. Musimy się naradzić we trójkę.

Usiadł koło Marnego i nalał także sobie.

Musimy wreszcie coś zrobić z Dżimim. I posprzątać zarówno tutaj, jak i na ziemi. Ale najpierw wyeliminujemy tego dupka.

Jak?

No... Idziemy do niego, i... - Krowiorogi uderzył sękatą pięścią w otwartą dłoń. - I tyle. A kiedy będzie zgłuszony, ty potraktujesz go swoją kosą. To go wyłączy na długo. - Zakończył prezentacje swojego wyrafinowanego planu.

Mokosza milczała, ale jej mina wyraźnie mówiła, że ten plan nie przypadł jej specjalnie do gustu.

Plan zacny – Rzucił Marny. - Ale co będzie, jeśli to on zrobi nam guza? Z pewnością wyśle nas w podobne miejsce, gdzie ostatnio ciebie. A nie znamy jego mocy. I jest jeszcze Lusi. I z pewnością nie tylko na nią może liczyć. - Ostudził zapał Welesa. - Mogłoby się to udać tylko z zaskoczenia.

No to go zaskoczymy! - Krowiorogi nie dawał za wygraną.

Marny ma rację. - Poparła duxa Mokosza. - Jeśli uda się go zaskoczyć, tak zrobimy. Ale na wypadek, gdyby nie było takiej możliwości, powinniśmy mieć plan awaryjny.

Co proponujesz? - Weles nie był do końca przekonany, że taki plan jest konieczny. Wierzył w proste, siłowe rozwiązania. Jednak postanowił wysłuchać propozycji bogini.

Ta, odstawiła kubek i podeszła do kominka. Stała tak przez chwilę, patrząc w ogień i zbierając myśli. Wreszcie odwróciła się i powiedziała:

Dobrze. Pójdziemy do niego jutro z rana. Jeśli nie będzie przygotowany, zrobimy tak, jak planujesz. - tu zwróciła się do Welesa. - Jednak na wszelki wypadek, nałożę na teren dookoła nas uroczysko.

Czyli? - spytał Marny.

Czyli bramę między wymiarami. Jeśli ktokolwiek padnie, zostanie przetransportowany do innego świata. Jeśli to będzie Jehowah, sprawa będzie załatwiona. Jeśli któreś z nas, będzie go można szybko sprowadzić z powrotem.

A jeśli, tak teoretycznie, wszyscy tam trafimy? - spytał egzekutor. - Co wtedy?

Mokosza westchnęła. - Dlatego ja, po po stworzeniu uroczyska, wycofam się. W razie, gdyby coś poszło nie tak, sprowadzę was z powrotem.

Teoretycznie to dobry plan. - Marny skinął lekko głową. - Ale tylko teoretycznie.

Dlaczego? Spytał Krowiorogi. Bogini jednak nie odezwała się. Wiedziała, jakie zastrzeżenia miał egzekutor.

Przypuśćmy, że ta część się powiedzie. - Kontynuował Marny. - Przecież w krótkim czasie ktoś sprowadzi z powrotem Jehowaha tak, jak Ty sprowadziłaś Welesa. I nie trzeba będzie do tego celu modyfikować ludzi. Jehowah ma tutaj wielu popleczników. To będzie pestka.

Mokosza popatrzyła poważnie na duxa, a potem na Welesa.

Jest miejsce, z którego nikt go w ten sposób nie sprowadzi.

Obaj popatrzyli na nią z ciekawością, a po chwili, kiedy zrozumieli, o czym mówi, zaoponowali.

Chyba żartujesz! - stwierdził raczej, niż zapytał Marny.

Nie ma mowy! - Weles wstał i wzburzony zaczął chodzić po komnacie. - Odpada. Szeol. W życiu! - Podszedł do kochanki i wycelował w nią swój gruby paluch. - Nie, żebym miał coś przeciw, aby ta łajza spędziła tam kilka dni, ale ja nie mam zamiaru w tę podróż się wybierać. - Chyba po raz pierwszy dotarła do niego możliwość porażki.

Spokojnie. - Uniosła ręce, jakby chciała usadzić ich z powrotem na ławie. - Jeśli coś pójdzie nie tak, wyciągnę was stamtąd. Obiecuję.

Obaj nie wydawali się przekonani. Ich kubki napełniły się po brzegi, by po chwili znów być puste. Widać było, że nie są zachwyceni.

Mokosza podeszła do Krowiorogiego.

Nie ufasz mi?

Ufam. Ale nie będę ryzykował.

Wzruszyła ramionami w geście poddania. Usiadła i nalała sobie także. Marny, w przeciwieństwie do Welesa, który ciągle jeszcze myślał o pomyśle z Szeolem, starał się znaleźć inne rozwiązanie. Wreszcie powiedział:

Mokosz, pamiętasz ten świat, gdzie zostawiliśmy Cerbera? - Kiedy przytaknęła, kontynuował. - Powiąż uroczysko z tamtym miejscem. Jeśli my tam trafimy, to kiedy się ockniemy, będziemy wiedzieli jak wrócić. Jeśli ktoś z naszych, ściągniemy go. Jeśli Jehowah lub Lusi, wtedy ja albo Ponury wyłączymy ich z gry kosami. Na bardzo długo.

Mokosza milczała. Plan nie był idealny, ale zważywszy jak mało czasu mają, musi wystarczyć. Jednak zanim powiedziała „Dobrze, tak zróbmy", drzwi komnaty uchyliły się i do środka wszedł Boruta. Minę miał poważną, co wyglądało w jego przypadku dość dziwnie.

Co tam znowu? - Rzucił Krowiorogi, odwracając się na ławie.

Gościa szef mo.

Nie teraz, Boruta. Jutro.

Bies jednak nie odszedł, by odprawić natręta.

Ale to Lusiferia.

Cała trójka zamarła zaskoczona. Pierwsza odezwała się Mokosza:

Co ona... Jest sama?

Ano, samiutka.

W ciszy, która zapadła słychać było jedynie trzask polan w kominku. Weles wstał powoli i powiedział:

Wpuść ją.

Lepiej uważać. - powiedziała cicho Mokosza, kiedy Boruta zniknął za drzwiami. Marny złapał za swa kosę.

Stali już wszyscy troje. Blisko siebie, przygotowani w razie czego na niespodziewane. Nie minęła chwila, a do izby wkroczyła Lusiferia. Na pierwszy rzut oka, nic się nie zmieniła, od kiedy widzieli ją po raz ostatni. Jednak kiedy się jej przyjrzeli, zauważyli pewną zmianę. Nie nosiła już głowy tak hardo, jak zwykle, a jej nimb był mocno przygaszony.

Czego chcesz? - pierwszy odezwał się Weles.

Cóż, powitanie niezbyt miłe, ale spodziewałam się tego. - Odparła. - Musimy porozmawiać. Sami. - dorzuciła, patrząc wymownie na Mokoszę.

Jesteś u mnie – Bogini położyła nacisk na ostatnie słowa. - I nie będziesz decydować kto ma opuścić mój dom.

Nikt nie musi wychodzić. - Krowiorogi poparł partnerkę. - Jeśli chcesz rozmawiać, to przy ich udziale.

Lusiferia zrezygnowała z dalszej dyskusji na ten temat.

No dobrze. Jeśli chcesz... Wiem, że chcecie usunąć Jehowaha.

A ja wiem, że usunęłaś mnie. I pozostałych starszych.

Tak. Zrobiłam to.

I? - Mokosza zaczynała tracić cierpliwość.

Lusiferia nie odpowiedziała. W milczeniu zdjęła naszyjnik i podeszła do Welesa. Ujęła go za dłoń, i włożyła w nią srebrny wisior.

Otwórz. Żeby wszystko wyjaśnić, musisz... musicie to zobaczyć.

Czekaj! Nie otwieraj! - Mokosz szybko podeszła do Krowiorogiego, i przesunęła dłoń nad trzymanym w palcach naszyjnikiem. Skupiła się. - W porządku. Nie ma niebezpieczeństwa. - Dodała.

Lusi uśmiechnęła się z przekąsem. - Otwórz. - Powtórzyła.

Weles ostrożnie podniósł wieczko wisiorka. W środku, zobaczyli niewielkie nasiono. Delikatny, ledwo zauważalny blask sączył się z jego wnętrza, a samo nasiono powoli zmieniało kształt. Falowało niczym wypełnione gęstym światłem.

Czy to jest...? - Po raz kolejny Mokosza była tego wieczoru zaskakiwana. Ale to, co teraz widziała, nie mieściło się w głowie. - Jakim cudem?

Tak. To nasiono, które miałam zasiać na ziemi.

Skoro jest tutaj, to jakim cudem... no wiesz... skąd się wzięło życie na ziemi?

Zaraz, o czym wy mówicie? - Marny niespecjalnie rozumiał scenę, która się przed nim rozgrywała.

To ziarno miało spowodować, że na ziemi pojawi się życie. Ono owszem, tam jest, ale nie powinno go być. Bo jego źródło mam teraz w łapie. Rozumiesz? - Weles wyjaśnił to, najlepiej jak mógł.

Może to inne ziarno? Wiele światów przecież cały czas powstaje.

Nie. To jest to, o którym mówimy. Ziarno ziemi. I pytam jeszcze raz: jakim cudem?

Lusiferia odebrała wisiorek z ręki Krowiorogiego. - Sama chciałabym wiedzieć. - I zawiesiła naszyjnik z powrotem na szyi.

Skąd je masz? To znaczy, dlaczego jeszcze je masz? Dlaczego go nie zasiałaś?

Lusiferia westchnęła i usiadła na pustej teraz ławie. Wzięła kubek Marnego i nalał sobie miodu. Piła powoli. Kiedy w naczyniu pokazało się dno, odstawiła je i powiedziała, nie patrząc na nich:

Miałam dość. Zawsze byłam tylko narzędziem. Tak jak my wszyscy, zresztą. Posłusznymi wykonawcami woli Stwórcy. Obdarzeni mocą nieporównywalną do mocy śmiertelnych. Tylko po co nam ta moc, skoro nie jesteśmy wolni? Ja nie czułam się wolna w każdym razie. Wtedy, kiedy stałam nad ziemskim urwiskiem, kiedy miałam wypuścić z dłoni w morskie fale to ziarno, poczułam bunt. Nie zrozumiecie tego, ale pomyślałam, że sama chcę decydować o tym, co robię. I zdecydowałam. Wbrew woli Stwórcy, zostawiłam tę planetę jałową. - Nalała sobie następny kubek i kontynuowała: - Kiedy po eonach wróciłam w to miejsce, okazało się, że życie tam jednak kwitnie. Nie pytajcie jak to możliwe, bo nie wiem. Koniec końców, bałam się, że odkryjecie mój sekret, więc postarałam się was... wyeliminować. - zakończyła i wypiła duszkiem.

Bardzo smutna ta twoja historia – Mokosza nie kryła sarkazmu w głosie. - I dlatego tu przyszłaś? Wyżalić się?

Nie. Ostrzec was. - Lusi odstawiła kubek i wstała. - To nie wszystko. Byłam niedawno na ziemi. Ale to już pewnie wiecie. Tylko nie macie pojęcia, co tam się wydarzyło.

Oświecisz nas? - Spytał Weles.

Rozmawiałam z człowiekiem, który pomógł ci wrócić. Rozmowa mało interesująca w gruncie rzeczy. Tylko jej zakończenie... - zrobiła pauzę, ale po chwili kontynuowała: - Zakończenie było takie, że rozbabrał mój umysł jak miskę kaszy.

No i?

Nie rozumiecie? - Lusiferia powstrzymywała się, żeby nie zacząć na nich wrzeszczeć. - Nie chodzi o mnie. Chodzi o fakt, że człowiek był w stanie tego dokonać. I mam przeczucie, że potrafi o wiele więcej.

Ten pijak? - Krowiorogi był sceptyczny.

Nie on, tylko to, co z niego wylazło.

Mokosza milcząc, wpatrywała się w Lusiferię. To, o czym mówiła, było niepokojące. W końcu powiedziała:

Pomijając wszystko, zgadzam się z nią, że należy coś z tym zrobić. Jehowach wie, o tym, o czym nam powiedziałaś?

Tak, ale nie chce się zgodzić, dlatego przyszłam do was.

Zgodzić? Na co? - Zapytał Weles.

Aby pozbyć się ludzi. - Mokosza odpowiedziała zamiast Lusi.

Ten pomysł to jakaś bzdura. Usuńmy tylko tego... jak mu tam... Franca i po kłopocie. - Zaproponował.

Nie. Mówiłam wam już. On jest tu nie istotny. To coś jest związane z całą rasą ludzką. - Zamilkła szukając w pamięci pewnego zdania. - „Ja jestem Syn Człowieczy, Zrodzony, a nie Stworzony. Współistotny Ojcu". Tak powiedział. Nie rozumiecie? Trzeba pozbyć się ich wszystkich!

Mokosza podeszła do niej i zapytała:

Jeśli się zgodzimy, pomożesz nam z Dżimim?

Nie. - odparła twardo i zdecydowanie. - Chcę, żebyście się zgodzili, bo to leży w interesie nas wszystkich. - Przemyślcie to.

Odwróciła się i zebrała do wyjścia. Kiedy dotarła do drzwi, Mokosza zatrzymała ją.

Nie obawiałaś się tu przyjść? Jesteś sama, a my mamy przewagę.

Lusi nawet się nie odwróciła. Kiedy otwarła drzwi, rzuciła przez ramię:

Jesteś tego pewna, siostro?

 

Człowieka?

Tak. Tego, który sprowadził Welesa. - Powoli odwróciła się i spojrzała na kochanka. W jej oczach dostrzegł przerażenie. - Tego, który sprowadzi zagładę. Na nas.

*

- O czym ty mówisz? - Wolno wycedził Jehowah i wyprostował się.

Spojrzał na Lusiferię. Była blada i spięta. Widać było, iż nie wie, od czego zacząć. Wreszcie, splótłszy dłonie na podołku, powiedziała:

- Byłam na ziemi. Chciałam dowiedzieć się, jak ten człowiek sprowadził Krowiorogiego.

- I dowiedziałaś się?

- Tak, ale to nie ważne. Istotniejsze jest to, co zdarzyło się potem.

Jehowah nic nie powiedział. Usiadł na kozetce, i zaprosił ją gestem, by siadła również. Z pewnym ociąganiem zrobiła to.

- Widzisz, kiedy już dowiedziałam się wszystkiego, czego chciałam, rozbabrałam mu umysł. W sumie nic ciekawego. Typowy człowiek. Miernota jak oni wszyscy. Ale kiedy chciałam odejść... - Lusiferia zamilkła, a jej ciało przeszył dreszcz.

- Co się stało? Mówże.

- On... On wszedł w moją jaźń. - Wyrzuciła to z siebie i szybko wstała. Znowu podeszła do okna i ciężko wsparła dłonie na kamiennym parapecie. Jej odkryte plecy lekko drgały, a bezgłośny szloch wyrwał się z piersi.

Wszechmocny był w szoku. Wstał i podszedł do niej. Objął ją ramieniem i odwrócił do siebie.

- Niemożliwe. Człowiek? Jak? Nawet ja bym tego nie mógł bez twej zgody!

- Skąd mam wiedzieć jak? - Krzyknęła. - Powinien tam leżeć i wyć z bólu! A on wstał i przeorał mój umysł, jakby to było... jakby...

- Już dobrze. - Przytulił ja mocno. - Uspokój się. Minęło.

- Nie, nie minęło. - Odparła, łkając. Wyzwoliła się z jego objęć i otarła łzy. - To nie koniec. Potem... potem doświadczyłam czegoś takiego... - Znów nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów.

Jehowah milczał.

- Widzisz, - zaczęła, kiedy trochę się uspokoiła – zawsze myślałam, że ja... że my... Że jesteśmy o eony doskonalsi od ludzi. I nie chodzi tylko o moc. Ale także o uczucia. To jak kochamy, nienawidzimy czy współczujemy, jest niczym wielka góra przy żałosnej kupce ludzkich uczuć. Ale myliłam się. Tam, na tym dachu, człowiek pokazał mi, jak bardzo się myliłam. Wlał we mnie świadomość tego, jak potrafią czuć ludzie. Te marne, kruche i bezrozumne stworzenia. Ich emocje. Nie masz pojęcia, tak jak ja nie miałam, co znaczy kochać i nienawidzić. Teraz czuję się tak... Wiesz, jakbym przez całe swe istnienie żyła w blasku świecy, i myślała, że to jest najjaśniejsze ze świateł. Aż do chwili, kiedy on pokazał mi blask wszystkich słońc. A potem to zabrał. - Zamilkła i opuściła głowę.

Jehowah zaczął przechadzać się po komnacie.

- To nie może być prawda.

- Jest. - Odparła cicho.

- Myślę, że to jakaś sztuczka Welesa. - Przystanął i spojrzał na nią. - Tak, to jego sprawka.

Lusiferia uspokoiła się nieco i odparła:

- Mylisz się. Po cóż by miał coś takiego robić? Nawet nie wiedział, że spotkam się z tym człowiekiem. I zresztą jak by to miał uczynić? Ja bym nie potrafiła, a co dopiero on. Poza tym znam go, i wiem, że to nie w jego stylu. - Przerwała na moment i zamyśliła się. Podeszła do Jehowaha. - Pamiętasz, co ci mówiłam o tym, że ludzie powstali bez naszej ingerencji? Że być może wcale nie są czymś pośledniejszym od nas? A może są nawet czymś lepszym, doskonalszym?

Wszechmocny parsknął. - Bredzisz kobieto. Lepsi? Niby w czym?

- Prorokują. Potrafią przewidzieć przyszłe zdarzenia. - odparła po krótkim namyśle, a Jehowah spojrzał na nią z wyraźnym rozbawieniem.

- Ale rzadko trafnie. Zresztą parę innych ras też to potrafi. Coś jeszcze przychodzi ci do głowy?

Lusi nie powiedziała nic, ale w głębi duszy czuła, że coś jest na rzeczy w tym, co mu powiedziała. Zamyśliła się i wróciła do okna. Jej wzrok padł na stojący na podwórzu posąg.

- Tam! - wskazała dłonią na niski, marmurowy cokół. - Chodź! - i uchwyciwszy dłoń Jehowaha, wyciągnęła go do skąpanego w promieniach słońca atrium.

Po chwili stali obok uśmiechniętego jowialnie, kamiennego buddy.

- No i co? Rzeźba jak rzeźba. - Wszechmocny nie rozumiał podniecenia kochanki.

- Nie budda! To! - Wskazała na umieszczoną na cokole mosiężną tabliczkę.

- „Ad futurum rei memoriam. Inspektorius Rufus" - Przeczytał na głos. - Prezent.

- Po łacinie! - Zawołała Lusi. - Dlaczego po łacinie?!

- Przecież to język urzędowy.

- Ale tylko w naszym departamencie. Tylko w Ziemskim. - Mówiła coraz szybciej, coraz bardziej rozgorączkowana. - Może mi powiesz dlaczego?

- Hmm... To dobry język, Taki... urzędniczy. Nadaje powagi.

- Bzdury pleciesz. - Żachnęła się Lusiferia. - Greka też taka była. I też nie wiedzieć dlaczego, używaliśmy jej przez kilka stuleci. Tak samo hebrajski, irański i te, no... celtyckie i słowiamskie.

- Słowiańskie. - poprawił ją. - I dla tego właśnie ujednoliciłem ten bajzel, który był za czasów Starszych. - Dodał dumnie.

- Nic nie rozumiesz! - Wrzasnęła, a stadko białych gołębi zerwało się w popłochu z okolicznych trawników. - Pytam, dlaczego W OGÓLE używamy ludzkich języków? Czy w innych departamentach tez jest taki zwyczaj? Nie! - Odpowiedziała za niego. - Nigdzie i nigdy tak nie było! Rozumiesz już?

- Nie bardzo. - Przyznał szczerze.

- Ja też nie. - Opuściła ramiona, jakby zeszło z niej powietrze. - Ale czuję, że wpływ, jaki mają na nas ludzie, może okazać się czymś zgubnym. Dla nas. I nie chodzi tu tylko o ciebie czy mnie. Chodzi mi o całe Zaświaty.

Jehowah chwycił ją za ramiona i powoli powiedział:

- Jedyna ich wyjątkowość, która może mieć zły, ba, zgubny wpływ, to umiejętność pędzenia alkoholu. Którego ty, jak widzę, znowu nadużywasz.

- Nie jestem pijana. - Wycedziła, stając twarzą w twarz z Wszechmocnym. - Ani teraz, ani wtedy, kiedy rozmawiałam z człowiekiem. I wiem, czego doświadczyłam. I co należy zrobić.

- To może raczysz mnie oświecić? - Jehowaha zaczęła już nużyc ta rozmowa. Jeszcze parę chwil temu miał przed sobą nieszczęśliwą kochankę, która chciał pocieszyć, ale teraz czuł, że stoi przed rywalem, który chce narzucić mu swoją wolę. - Cóż takiego należy uczynić?

- Zgładzić ich. Ludzi. Wszystkich. - Słowa Lusi były ostre, twarde, stanowcze jak nigdy podczas tej rozmowy.

- Zwariowała. - Uniósł w geście bezradności ręce i przeszedł przez pokój w kierunku drzwi.

- Czekaj! - Jej krzyk nie zatrzymał go, więc podbiegła i stanęła między nim a wyjściem. - Zrozum. Oni są zagrożeniem.

Zatrzymał się. - Z tobą rzeczywiście jest nie wszystko w porządku. - Powiedział poważnie. - Mam pozwolić, by ludzkość wyparowała, bo ty masz jakieś złe przeczucia? I co dalej? Jaki będzie dalszy sens istnienia departamentu? Mojego stanowiska? Ambicji? Posłuchaj mnie teraz uważnie. - Jego palec wskazujący dotknął jej piersi. - Nie pozwolę, na jakiekolwiek, - słyszysz? - jakiekolwiek działanie, które będzie miało na celu zagładę ludzi. Nie wiem, co ci ten człowiek zrobił, ale jeśli bardzo chcesz, to zgładź jego. Ale tylko jego. Zrozumiałaś? - Odwrócił się, aby wyjść.

- Twoje ambicje. - Rzuciła w jego kierunku. - Gdyby nie ja to dalej pisałbyś raporty o chędożących owce pastuchach. - Zanim przebrzmiało ostatnie słowo, już żałowała, że to powiedziała.

Zamarł w pół kroku. - Słucham? - Zawrócił i podszedł bardzo blisko.

Wiedziała, że posunęła się za daleko. Ale skoro tak się stało, to powie mu o tym, jak po pozbyciu się starszych, postanowiła przejąć kontrolę nad departamentem. Jak chcąc pozostać w cieniu, posłużyła się pewnym mało zdolnym, acz szalenie ambitnym aniołem z referatu do spraw ludów koczowniczych. Jak przez cały ten czas manipulowała nim zręcznie, a on nawet nie domyślał się, że kluczowe decyzje nie były jego decyzjami.

I powiedziała mu to teraz. A on stał i milcząc, słuchał.

Kiedy skończyła, chciał po raz kolejny odejść. Złość i ból targały nim na przemian, ale nie wypowiedział ani słowa. Lusi uchwyciła rękaw jego szaty i nie puściła, nawet gdy próbował ją wyszarpnąć.

- Puść. - powiedział po chwili cicho.

- Nie. Wiem, to było podłe, ale ja... - Złapała go mocniej. - Ja teraz... Naprawdę cie kocham! - Zaszlochała, a całym jej ciałem wstrząsnął spazm. Puściła go i ukryła twarz w dłoniach.

Spojrzał na płacząca boginię. - I mam ci wierzyć? - A jego umysł pragnął tej wiary.

Podszedł do stojącego naprzeciw okna sekretarzyka, wziął kryształowy puchar, i napełnił go ambrozją. Po czym otwarł intarsjowane, mahoniowe drzwiczki. W jego ręce pojawił się alabastrowy flakonik liquidum verum. Nie kryjąc się przed Lusiferią, wlał z niego parę kropli do pucharu. Gorzkawy, migdałowy zapach rozlał się po komnacie. Podał jej bez słowa.

Wiedział, że podanie jej serum będzie dla niej czymś upokarzającym. Gdyby nie to, co przed chwilą wydarzyło się w tej komnacie, nigdy by się na to nie odważył. Ale sytuacja uległa zmianie. I musi, musi za wszelka cenę znać prawdę. Trzymał więc kielich w wyciągniętej ręce, i czuł jej opór przed jego przyjęciem. Kiedy rozkazał w myślach: „pij", poczuł, że jej wola słabnie. W parę sekund była w jego mocy. Sam zdziwił się, że poszło tak łatwo.

Wypiła, patrząc mu w oczy.

- Naprawdę cię kocham. - Powiedziała, kiedy ostatnia kropla spłynęła na jej język.

Chcę ci wierzyć, Lusi. Bardzo chcę. - Ton jego głosu nie był już tak zimny, jak jeszcze chwilę temu, ale dalej słychać w nim było smutek. - Ale potrzebuję dowodu. Obiecaj, że zaniechasz pozbycia się ludzi i nie wrócisz więcej do tego pomysłu.

- Obiecuję. - Rzekła po chwili. - I powiem ci coś jeszcze. Weles wraz z pozostałymi planuje przejąć departament w najbliższym czasie.

- Skąd masz takie informacje? -

- Mam tam kogoś.

- W najbliższym otoczeniu Krowiorogiego? - Jehowah był autentycznie zaskoczony tą nowiną. - Co dokładnie planują?

Lusi odstawiła puchar. - Jeszcze nic nie postanowili. Kiedy będę coś wiedzieć, powiem ci. - Podeszła do kochanka i objęła go.

- Wybacz mi. - Powiedziała cicho, tuląc twarz w jego ramię.

Wyzwolił się z jej objęć delikatnie, ale stanowczo. - „Muszę odpocząć" - pomyślał i wyszedł.

Lusiferia otarła resztki łez i podeszła do sekretarzyka. Wzięła mały, alabastrowy flakonik w dłoń i uśmiechnęła się lekko.

 

Postać siedząca nieruchomo na wysokim klifie zdawała się rzeźbą, ustawioną w tym miejscu dawno, dawno temu. Nawet jej długa, zakrywająca szczelnie całe ciało opończa, sprawiała wrażenie wykutej z pokrywającej cały klif skały. Mocny, wręcz huraganowy wiatr, który już dawno wywiał nawet najmniejsze ziarenko gleby z okolicznych wzgórz, nie poruszał najmniejszą fałdą burej szaty.

Postać czuwała. Od samego początku, kiedy Stwórca ukształtował pierwszy ze światów, pilnie śledziła To, Co Jest i To, Co Było. Wszystkie zamieszkałe przez inteligentne rasy planety były jej znane, mimo iż na wielu z nich nawet nie była. Jej umysł potrafił obserwować jednocześnie wszystko, cokolwiek i gdziekolwiek się działo.

Ale teraz, uwaga istoty skupiona była tylko na jednej z nich. Niedawno, przynajmniej z jej punktu widzenia, zaintrygował ją pewien ze światów. Na niewielkim, niespecjalnie wyróżniającym się na tle innych, błękitnym globie pojawiła się kolejna, rozumna rasa. Z początku taka jak wiele jej podobnych, jednak w pewnym momencie do Istoty dotarło, że jest w niej coś wyjątkowego. Creator futurum. Niemożliwe, a jednak się stało. Wtedy postać zastygła, by obserwować. W świecie tym, mijały wieki i epoki. Jego mieszkańcy żyli i umierali, kochali, walczyli z sobą i budowali imperia. By po czasie jakimś imperia niszczyć. Wznosili się i upadali. Ale wiszące nad nimi fatum nie znikało.

Creator futurum. Twórca przyszłości. Człowiek. Niezdający sobie sprawy z mocy, którą posiada. Przynajmniej na razie. Ale kiedy ją poczuje, kiedy ją ujarzmi... Nawet wyglądająca jak posąg Istota, nie potrafiła wyobrazić sobie tego konsekwencji.

Ludzkie przepowiednie, mity, bajki – wydawałoby się, że są tylko nic nieznaczącym przejawem kultury. Kroplą w bogatym morzu folkloru. Ale Istota wiedziała, że tak nie jest. Nie były nawet jakże rzadką umiejętnością przewidywania przyszłości.

One tę przyszłość TWORZYŁY. Creator futurum.

Mijające tysiąclecia bezruchu, nie robiły na niej wrażenia. Dla niej czas płynął inaczej. Nie miał nad nią swej władzy. Postać niczym kamienny strażnik czuwający nad światem ludzi trwała skupiona. Ale myliłby się ten, kto pomyślałby, że tylko ziemia zawładnęła jej umysłem. Teraz uwagę Istoty przykuły także inne wydarzenia. W zaświatach, a konkretnie w Departamencie Czwartym Dystryktu Czterdziestego Czwartego.

- Już czas. - Zdecydowała postać.

Powoli poruszyła się. Skraj jej długiej szaty, podobnie jak obute w sandały stopy, uwolnił się z sięgającej powyżej kostek warstwy żużlu i kamieni. Powoli, acz bez wysiłku wyprostowała pochylone przez millenia plecy, a jej płaszcz znów odzyskał miękkość. Drobne odłamki bazaltowego żużlu, które odpadły od odzienia Istoty potoczyły się ku skrajowi urwiska, by spaść w trzystumetrową otchłań. Roztopiły się w płynącej magmie, wracając tam, skąd się wzięły.

Postać stała tak przez chwilę, skupiona i spięta. Patrzyła na zółte, postrzępione chmury płynące z zawrotną szybkością po seledynowym nieboskłonie, zabarwionym na horyzoncie fioletowym blaskiem wulkanów. Wreszcie, pochyliwszy się, wbiła w grunt obok swoich stóp długie, kościste palce. Kiedy znalazła to, czego szukała, zacisnęła dłoń i szarpnęła. Kosa, przysypana od tysiącleci, znów stała na sztorc. Ujęła ją oburącz, i w milczeniu nakreśliła na żwirowisku Znak.

Nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie było błysku światła, ani straszliwego grzmotu. Nie zatrzęsła się ziemia, ani nie rozwarły niebiosa. Nawet sam Znak nie zaczął jarzyć się jakimś tajemniczym blaskiem. Nic.

Tylko w odległym o eony biegu światła świecie, w jednym z jego zapyziałych ludzkich siedlisk...

*

Bezdomny przyciągnął swój stary, wysłużony wózek bliżej śmietnika. Odpadki walające się wokół kontenera omiótł doświadczonym wzrokiem już wcześniej, zanim jeszcze dociągnął tu swój dobytek. Nie stanowiły dla niego żadnej wartości, więc od razu uniósł pogiętą, brudną klapę. Szukał złomu, najlepiej aluminium. Rozgrzebał foliowe worki i jego nozdrza zaatakował smród zgnilizny. Był przyzwyczajony. Odgonił brzęczącą eskadrę zielonych much, i szukał dalej. Tam gdzie nie sięgał ręką, pomagał sobie starym pogrzebaczem. Szukał metodycznie. Dwie puszki po piwie nie były dobrym wynikiem, ale nie pogardził i nimi. Zamknął klapę i podszedł do drugiego kontenera.

Miał farta. Dwa aluminiowe leżaki z podartym materiałem, i silnik. Chyba z pralki. Przypomniał sobie kurs miedzi, i oszacował wagę znaleziska. Z tym, co uzbierał dzisiaj gdzie indziej, będzie na wino i fajki. I jakiś posiłek.

Szarpnął, by wrzucić znalezisko na swój wózek.

Wtedy jego wzrok padł na odrapaną ścianę. Nie, nie zaintrygował go napis informujący, że „Halina daje za dychę", ani sympatyczne określenie kibiców „Ruchu Chorzuw", nabazgrane prawdopodobnie przez dyslektycznego fana Gieksy...

Tag. Ale nie zwykły tag, taki, jakich wiele na murach wszystkich miast, wszystkich kontynentów. Był szczególny. Nie w formie, bo ta była zwyczajna – ot, namalowany farbą, niezrozumiały dla postronnych bazgroł.

To był Znak.

Bezdomny porzucił mocowanie się z cennym znaleziskiem. Porzucił nawet swój wysłużony, wyładowany zdobyczą wózek. Szybko, jak na lekko kulejącego, zniszczonego dniem powszednim człowieka, pokuśtykał w kierunku bramy podwórka. Po chwili skręcił w ulicę Piastowską, by po przekroczeniu kładki na wolno płynącej Rawie dojść na Teatralną.

Musiał powiadomić pozostałych.

 

Kiedy Weles przybył do swojej kwatery, większość wezwanych przez Borutę już na niego czekała. Prócz Marnego, Isztar, Połańca i Dżordża, Krowiorogi dostrzegł jeszcze dwie postacie. Stali tyłem, jednak nie miał wątpliwości, kim są. Jeden zwalisty, o niedźwiedzich barach, z narzuconym na nie wilczym futrem i przepasany szerokim, srebrnym pasem. Drugi znacznie niższy, choć także dobrze zbudowany. Obaj przekrzykiwali się nawzajem, racząc jakąś opowieścią pozostałych.

Kiedy zauważono przybyłego, cała grupa odwróciła się w jego stronę i zamilkła. Ten podszedł niespiesznie do nich.

Stanął przed nimi i obrzucił bliźniaki wściekłym spojrzeniem. Thor, ciut zmieszany opuścił wzrok, ale Odyn wytrzymał jego spojrzenie.

- Kiedy ostatnio o was myślałem, nie przypuszczałem, że kiedykolwiek ucieszę się na wasz widok.

- Dalej jesteś wściekły? - Odyn próbował dawne nieporozumienie obrócić w żart. - Przecież nic się nie stało. Żyjesz.

- A... Faktycznie, nic się nie stało. Drobiazg. Podanie kumplowi po parodniowej bibce liquidum verum jako rozchodniaczka to zaiste drobiazg. Szczególnie kiedy się wie, że czeka go niezbyt przyjemna rozmowa z rozjuszoną kobitą. A tematem tej rozmowy jak zwykle jest: „gdzie się szlajałeś i co robiłeś". Faktycznie, żarcik pierwsza klasa.

- Wybacz. - Bąknął Thor.

- Dobra, było, minęło. - Weles westchnął i uściskał kumpli. - Ale wiedzcie, że się kiedyś odegram. - Siadajmy.

Kwatera Welesa nie zmieniła się zbytnio od czasu kiedy byli tu po raz ostatni. Pod jedną ścianą dalej piętrzył się stos papierzysk po Instytucie Pamięci Historycznej, a naprzeciw drzwi zalegał gruz z rozwalonej płaskorzeźby. Kurz i odłamki walały się po całym pomieszczeniu, jednak nikomu to raczej nie przeszkadzało. Jedynymi zmianami był rozpalony ogień w kamiennym kominku, i nowy, drewniany stół, wokół którego ustawiono obite skórami ławy.

Wszyscy usiedli. Z wyjątkiem Połańca, który ustawiwszy wpierw przed zebranymi kubki, przyturlał spory antałek miodu. Wtedy usiadł również.

- Skąd się tu wzięliście? - Rozpoczął Weles, nalewając sobie pierwszemu.

- Kiedy dowiedzieliśmy się, że wróciliście, postanowiliśmy wrócić również. - Odyn poszedł w jego ślady, i napełnił swój kubek. - Ale myśleliśmy, że wrócili wszyscy.

- Nie. Tylko ja z Borutą. A właśnie gdzie on jest?

- Chyba nie chce spotkać się z Mokoszą. - Odpowiedziała Isztar. - Może wiesz dlaczego?

- Wiem. Nieważne. - Krowiorogi uciął temat. - Zresztą ona na razie nie przyjdzie. Musi coś zrobić. Ale wracając do was. Opowiadajcie. - Zwrócił się do bliźniaków.

- Od czego, by tu zacząć? - Tym razem głos zabrał Thor. - Kiedy zniknęliście, pierwsza zaczęła niepokoić się Mokosz. To ona poprosiła nas, żebyśmy jej pomogli w poszukiwaniach. I szukaliśmy. Przede wszystkim na ziemi. - Thor upił z kubka, a opowieść przejął Odyn.

- Szukaliśmy do chwili, kiedy sami o mało nie podzieliliśmy waszego losu. Ja sam nieźle oberwałem, i gdyby nie Thor, który szybko przeflancował mnie w Zaświaty...

- Widziałeś tego, który cię zaatakował? - Spytała Isztar.

- Nie, to był moment nieuwagi.

- Raczej zamroczenie piwskiem – rzucił Thor i uśmiechnął się paskudnie.

Odyn wstrząsnął łysym czerepem. - Fakt. Ale do rzeczy. Wtedy Mokosz kazała nam zaszyć się gdzieś, i czekać. No to tak zrobiliśmy. Ot, cała historia.

- Gdzie byliście?

- Pamiętacie taki opuszczony projekt, którym miał zarządzać Kronos? Ten, w którym namieszali Tytani, i który potem został porzucony?

Siedzący spokojnie do tej pory Dżordż ożywił się – Pamiętam. Polowałem tam nawet. Smoki. Wspaniałe stworzenia. – Rozmarzył się na chwilę, by po chwili smutniejszym już tonem dodać: - Ale po tej chryi wszystko obumarło. Nawet glony tam już nie rosną. Jak wytrzymaliście na tym zadupiu? Nie należycie do samotników.

Odyn i Thor popatrzyli na siebie, jakby ważąc czy należy wyjawiać wszystkie swoje sekrety.

- No, faktycznie. Ten świat nie należy do najprzytulniejszych. Najtrudniej było obyć się bez towarzystwa. - Powiedział Thor.

- I bez polowania – Dorzucił Odyn.

- Ogólnie to nawet nie było źle. Klimat nawet nam odpowiadał. Dużo wody, skały, częste burze i cholernie mocne wiatry. I z początku myśleliśmy nawet, że spokojnie jakiś czas tam wytrzymamy. Ale latka płynęły, a sytuacja się nie zmieniała. Departamentem dalej rządził Dżimi, a na sprowadzenie was, nie było widoków. - Zaczął opowieść Thor.

- I wtedy wymyśliliśmy... - wszedł mu w słowo Odyn.

- JA wymyśliłem. - oburzył się Thor.

Większy z bliźniaków machnął ręką. - No więc... jakby to wam wyjaśnić... Pewnie kojarzycie te historie, które wymyślają o nas ludzie. - Przerwał na chwilę, a zebrani pokiwali głowami. - Otóż jedną z tych bajek jest koncepcja raju, w którym niby oni, to znaczy ludzie mogą obcować z bogami. No więc...

Isztar przerwała my gniewnie: - Sprowadziliście tam żywych?!

Bliźniaki popatrzyli na nią z politowaniem. - No co ty. Przecież Asgard jest wyjałowiony. Nic co żyje, nie przetrwa tam nawet sekundy. - Odparł Thor.

- Asgard? - Wtrącił Weles.

- No... Asgard. Tak nazwaliśmy to miejsce. Asgard.

- No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego z ludzkimi bajkami? - Włączył się do dyskusji Marny.

- Pozwólcie dokończyć. - Thor jakby zaczął tracić cierpliwość. - Otóż, w jednej z takich opowieści jest coś, co ludzie nazywają Valhalla. To takie miejsce, gdzie niby trafiają po śmierci, i wiodą wesołe życie. Skoncentrowane na pijaństwie i bijatykach.

- Aż dziwne, że sami tego nie wymyślili. Pasuje do nich, jak ulał. - Rzuciła pod nosem Isz.

Odyn usłyszał, ale się nie obraził. - No właśnie. Bardzo nam się ta historia spodobała. I dla tego ją sobie... jakby to powiedzieć, przyswoiliśmy.

Dżordż uśmiechnął się krzywo. - Czyli macie jakąś budę, w której składujecie ludzkie zwłoki? Trochę to... - szukał odpowiedniego słowa – perwersyjne?

- Głupiś – Odparł Thor. - Daj skończyć. Ta opowieść mówi, że do Valhalli mogą trafić tylko najdzielniejsi. Ci, którzy polegną w bitwie. A że od czasu kiedy opuściliśmy Zaświaty, było trochę wojenek na ziemi, w tym dwie światowe, więc...

Pozostali patrzyli na nich jakby nie mogli zrozumieć.

Weles uniósł się z ławy i oparł dłonie na dębowym blacie stołu. - Poiliście rannych i umierających ludzi ambrozją? - Raczej stwierdził, niż zapytał. - Zwariowaliście?!

- A co było robić? Żywych nie można było brać, a trupy są marnymi kompanami. - Powiedział Thor. - A po napojeniu, nie byli jeszcze martwi, ale już nie żywi.

- Zaraz, chwilunia. - Dżordż zrobił się ciut podejrzliwy. - A jakim cudem ta sztuczka wam się udawała? Przecież nie mogliście się pojawiać na ziemi. Ze zrozumiałych względów.

Tym razem Odyn postanowił rozwiać wątpliwości. - Pewnie pamiętacie Valkirie? - jego wzrok padł na Welesa, gdyż wiedział, że przynajmniej on pamięta. - Te rude z wydziału biologii? Otóż to nasze dobre, powiedzmy, znajome. A jako że dalej pracują w departamencie i często bywają na ziemi, miały pewne możliwości.

- I motywację – szelmowsko uśmiechnął się Thor.

Weles wstał, splótł swym zwyczajem ręce na piersi, i zaczął przemierzać komnatę. Myślał. W pewnym momencie wrócił do stołu.

- Ilu? - Rzucił.

- Co? Ilu? - Jednocześnie spytali bliźniaki.

- Ilu ich tam macie? Chodzi o ludzi.

Odyn popatrzył w sufit, jakby liczył w pamięci, a Thor, ciut zmieszany odpowiedział: - No, na początku chcieliśmy tylko paru dziarskich chłopów do wspólnych imprez. Góra kilkudziesięciu. Ale potem... no wiesz, jak to jest. Trochę to wszystko wymknęło się nam spod kontroli...

- Ilu? - Wycedził Weles.

- W sumie... No, mamy tak... około czterystu...

- Sporo, ale do przejścia. - Rozluźnił się trochę Krowiorogi i usiadł.

- Czterystu setników. - Dokończył Thor. - To daje jakieś czterdzieści tysięcy.

Zebrani popatrzyli na siebie, nie dowierzając w to, co słyszą. W ciszy, która zapadła, słychać było tylko trzask ognia buzującego w kominie.

- O, Stwórco! - Jęknął Weles i pacnął dłonią w swe rogate czoło.

Cisza, która zapadła, trwała dłuższą chwilę. Bliźniaki, jakby nie rozumiejąc konsekwencji swojego wyskoku, uśmiechali się głupio, jak uczniaki przyłapane na figlu. Siorbiąc cicho miód, patrzyli znad kubków na pozostałych.

- No dobra. - Krowiorogi zamachał rękami, jakby chciał rozgonić stado much, - Tym problemem zajmiemy się, kiedy rozwiążemy ważniejsze sprawy. Teraz musimy zadecydować co dalej. Moim zdaniem trza nam odszukać i sprowadzić pozostałych, i posprzątać ten burdel zrobiony przez Dżimiego. Tu i na ziemi. A potem w tej waszej Vahali. - Ostatnie zdanie skierował do bliźniaków.

- Valhalli. – Poprawił go Thor, ale piorunujące spojrzenie Welesa spowodowało, że szybko zamilkł.

- Co pierwsze? - Głos zabrał rzadko odzywający się do tej pory Marny.

- Skopmy dupsko urzędasowi. - rzucił Dżordż.

- Aby to zrobić, Musimy zebrać większe siły. - Usłyszeli radzący przy Welesowym stole. To Mokosza, która pojawiła się swym zwyczajem niezauważona. Podeszła do kominka, wzięła wiszący na haku róg, i dosiadła się do pozostałych. - A żeby zabrać większe siły, musimy zmusić Jehowaha do wyjawienia, gdzie są pozostali.

- Starczy nas. - Odyn wydawał się pewien tego, co mówi.

- Niekoniecznie. Skaptował Lusiferię. - Weles ostudził jego zapał.

- Albo ona jego. - Rzuciła Mokosza. - Pamiętajmy, że cała ta chryja zaczęła się, zanim Dżimi stał się Jehowahem.

- Ktokolwiek by tym wszystkim nie kręcił, nieważne - Jehowah czy Lusiferia, musimy się śpieszyć z podjęciem decyzji co dalej. - Tym razem głos zabrał Połaniec. - Dopóki jest osłabiona tym niekontrolowanym opuszczeniem Nieprzestrzeni.

- Słyszałem o tym. - Odparł Weles, czochrając w zamyśleniu bujną brodę. - I przyznam, że nic z tego nie rozumiem. To mogłoby się przydarzyć jakiemuś żółtodziobowi, ale nie jej. Albo tobie. - Skinął głowa w kierunku Połańca.

Ten, nalał sobie następny kubek wina – Ja tam niespecjalnie lubię przemieszczać się w ten sposób. Zresztą nie mam takiej potrzeby. Cały czas siedzę tutaj, w departamencie. - dodał jakby na usprawiedliwienie. - Ale faktem jest, że nie widziałem jeszcze, żeby ktoś w takim stanie powracał.

- Widziałeś to? To znaczy ją? Gdy wypadła z Nieprzestrzeni? - Zaciekawił się Dżordż.

Wszystkie oczy skierowały się na Połańca.

- Tak. Nie wyglądało to dobrze. I dlatego uważam, że należy się pośpieszyć, póki nie odzyska pełni sił.

 

Jego wzrok powoli przywykał do panującego w pomieszczeniu mroku. Andżelus nie potrzebował ani zegara, ani widoku nieba, by wiedzieć, ile czasu znajdował się w zamknięciu. Trzy dni. Trzy dni temu, po raz ostatni widział kogoś innego. Od tego czasu był sam.

- Chociaż nie... Wczoraj był ktoś. Nie pamiętał dokładnie, bo był jeszcze mocno zgłuszony po tym, gdy Lusiferia potraktowała go kulą mocy.

Uniósł głowę z posłania i rozejrzał się. Cela była przestronna i czysta, jedynie pod ścianą, naprzeciw drzwi, zalegała sterta dziwnych urządzeń i instrumentów, nakrytych burą plandeką. Narzucona była niedbale, tak że część z nich mógł bez trudu dojrzeć. Jednak nie miał pojęcia czym były i do czego mogły służyć. Usiadł i przetarł dłonią twarz. Skoncentrował całą swoją wolę, a po chwili zaczął sobie przypominać wydarzenia z poprzedniego dnia.

Zobaczył jej twarz pochylającą się nad jego twarzą. Patrzyła na niego. Z bliska. Pamięta jeszcze jej zimny oddech na swoim czole, i jej słowa skierowane jednak nie do niego, a kogoś, kto był tu jeszcze. Mimo paru prób nie potrafił jednak przypomnieć sobie, kim był ten ktoś.

- Już czas. Podnieś go. Musi choć trochę być przytomny. - Rozkazujący ton jej głosu brzmiał w Angdżelusowej głowie dalekim echem.

Potem poczuł wibracje, towarzyszące wezwaniu. Tak, był wzywany, jednak niedane było mu opuścić tego miejsca. Przechwyciła wiązkę mocy, wytworzoną gdzieś hen, u źródła i poddała się jej. Rozpłynęła się w Nieprzestrzeni sama, zostawiając go tutaj. Potem stracił przytomność ponownie.

Dopiero po chwili dotarło do niego, co oznacza to wspomnienie.

Był przecież umówiony z Francem właśnie na wczoraj. Wczoraj rano Franc miał go wezwać, a zamiast niego poleciała Lusiferia!

- „Szlag by to"! - zaklął w myśli. - „Franc... Oby nic mu nie... Szlag...".

Musiał się wydostać. Wejście w Nieprzestrzeń nie wchodziło w grę, gdyż nie wiedział, gdzie jest. W tej sytuacji taka próba skończyłaby się w najlepszym razie utknięciem w pustce na całe eony. O najgorszej możliwości wolał nie myśleć.

Wstał szybko i podszedł do sterty rupieci zalegających pod ścianą. Zerwał plandekę i zaczął je przetrząsać z nadzieją znalezienia czegoś, co pozwoli mu wyważyć drzwi. Wszystko jednak było za małe, za lekkie lub za kruche. Roztrzaskał w przypływie gniewu parę butli i rzucił się w kierunku solidnych drzwi celi. Miał małą szansę, że wyważy solidne wrota. Jednak kiedy jego ramię uderzyło w drewniane skrzydło, te bez najmniejszego problemu rozwarło się na zewnątrz, a Andżelus wyrżnął jak długi o kamienną posadzkę. Jego cela nie była zamknięta.

Podniósł się i rozmasowując obolałe ramię, rozejrzał się dookoła. Ciemny korytarz z jednej strony kończył się drzwiami identycznymi, jak te, które właśnie opuścił. Jego drugi koniec zakręcał po przejściu paru kroków. Delikatne cienie pełzające na posadzce sugerowały, aby udać się właśnie tam. Poszedł, starając się zachowywać cicho. Minął jeszcze parę zakrętów, zaglądając do nielicznych, pustych pomieszczeń mijanych po drodze. Wszystkie podobne były do celi, w której odzyskał przytomność. Kiedy opuścił ostatnie z nich, usłyszał dziwny, monotonny dźwięk, a w nozdrza uderzyła nieprzyjemna woń. Przyśpieszył kroku, i po chwili dotarł do miejsca, w którym korytarz kończył się czymś, w rodzaju ogromnego, wykonanego z metalu balkonu. Zwolnił i ostrożnie podszedł do balustrady. Hałas przybrał na sile, a zapach stał się nie do wytrzymania. Spojrzał w dół. U jego stóp rozciągała się ogromnych rozmiarów hala, której przeciwległa ściana ginęła gdzieś w mroku. Tak samo, jak i sklepienie. Na kamiennej posadzce, ustawione były w równych odstępach sporych rozmiarów kotły, z których wydobywały się z sykiem przyprawiające o mdłości opary. Z prawej strony dostrzegł coś, co przypominało rozpalone piece, z których jeden był naprawdę ogromny. Wokół tych wszystkich kadzi i rozstawionych tu i ówdzie stołów laboratoryjnych, uwijały się dziesiątki maleńkich z tej perspektywy postaci. Zmrużył oczy, gdyż unoszący się wokół niego zielonkawy obłok pary przeszkadzał w dokładnym przyjrzeniu się tej scenie. Aniołowie. Czarnoskrzydli, odziani w złote i purpurowe szaty.

Andżelus odetchnął z ulgą. Nigdy tu nie był, ale wiedział, gdzie jest. Wydział Geologi Departamentu Czwartego. Odwrócił się w kierunku, z którego przyszedł, by wejść w Nieprzestrzeń. Przymknął oczy i wyobraził sobie swoją celę. Miejsce, w którym za moment się znajdzie. I wtedy uświadomił sobie, że nie chce tam się znaleźć. Miał dosyć bycia zawieszonym w obowiązkach aniołem stróżem trzeciej klasy. Nie rozumiał intrygi, w którą został wplątany, i nie miał na swoje w niej uczestnictwo najmniejszej ochoty. Nie chciał wracać do departamentu.

Wyobraził sobie zupełnie inne miejsce. Nieprzestrzeń zawirowała, a on razem z nią.

*

- Jego Światłość nie przyjmuje. Już mówiłam. - Głos anielicy siedzącej za stosem papierzysk był miły, ale stanowczy. - Narada. - Wzruszyła w geście bezradności krągłymi ramionami.

- Ale ja muszę! - Cherubin był nieustępliwy. - Stało się coś ważnego. Pani Lusiferia...

Sekretarka zawahała się na moment. - No dobrze. Zapytam. - I wstała zza biurka. Zanim ostrożnie otwarła drzwi do gabinetu szefa, poprawiła włosy i dekolt.

Chwilę potem posłaniec przemierzał imponujących rozmiarów parlatorium, w którym za długim, renesansowym stołem siedzieli nieznani mu oficjele. W sali zapanowała cisza, zmącona tylko stukiem jego sandałów i szuraniem zbyt długiej szaty.

Podszedł do Jehowaha, nachylił się i zaczął coś szeptać do boskiego ucha. Zanim skończył, ten zerwał się na nogi i nie mówiąc ani słowa szybko skierował się ku wyjściu.

Większość zebranych, głównie szefów podległych Jehowahowi wydziałów, było przyzwyczajona do takiego traktowania. Jednak paru zaproszonych na to spotkanie szefów niezależnych instytucji nie kryło oburzenia. Ten jednak zdawał się nie zwracać na to uwagi. Wzburzony, szedł szybkim krokiem, by ostatnie parę metrów prawie przebiec. Towarzyszący mu cherubin truchtał obok z opuszczoną głową.

Kiedy dotarł do swoich apartamentów, zauważył kilkunastu stojących pod drzwiami aniołów. Tłumek gapiów na widok Jehowaha szybko począł się rozchodzić, tak, że ten nawet nie musiał ich rozganiać. Kiedy przekraczał bramę swego domostwa, zatrzymał się tylko na krótką chwilę przed zdenerwowanym odźwiernym.

- Jest tutaj? - Rzucił.

- Jest. Przyprowadzono ją jakieś dwa kwadranse temu. - Cherubin, będący zazwyczaj krynicą spokoju, był mocno poruszony. - Znaleziono ją przed dormitorium. Odpoczywa teraz w swoich komnatach.

Kiedy wszedł do sypialni bogini, ta siedziała na marmurowej posadzce. Oparta plecami o łoże, z podwiniętymi pod brodę kolanami, obejmowała swe nogi i patrzyła nieobecnym wzrokiem w przeciwległa ścianę.

Podszedł powoli i kucnął obok kochanki.

- Lusi, kochanie... - Kiedy jego dłoń musnęła czule jej włosy, Lusiferia potrząsnęła głową i odsunęła się nieznacznie.

- Lusi. - Niezrażony tym gestem Jehowah złapał ją za ramiona, i zmusił, aby spojrzała na niego. - Co ci się stało?

Milczała przez chwilę jakby nieobecna. Wreszcie, zdecydowanym ruchem uwolniła się z objęć i wstała. Bez słowa, powoli podeszła do otwartego okna, i odwrócona plecami do boga powiedziała cicho:

- Byłam na ziemi.

Jehowah milczał. Wolał nie naciskać i czekać aż sama opowie, co takiego się wydarzyło.

- Byłam na ziemi. - powtórzyła już opanowanym głosem. - Widziałam... Widziałam człowieka.

- Człowieka?

- Tak. Tego, który sprowadził Welesa. - Powoli odwróciła się i spojrzała na kochanka. W jej oczach dostrzegł przerażenie. - Tego, który sprowadzi zagładę. Na nas.

*

Franc wyszedł z autobusu. Odpalił papierosa i zakrztusił się. Niezrażony, postanowił zaciągnąć się jeszcze raz. Niestety, atak kaszlu wygrał z nikotynowym głodem, i fajka powędrowała do stojącego na przystanku kosza. Rozejrzał się. W okolicy nie było żywego ducha, nie licząc szperającej w śmieciach wrony.

Zmęczony dwunastogodzinną szychtą i wkurzony brakiem nikotyny, ruszył w kierunku domu, Pójście do pracy w jego stanie nie było najlepszym pomysłem, jednak nie miał wyjścia. Stos rachunków wznoszący się fantazyjnie na kuchennym stole, zdecydowanie odradzał brania L4. Wczorajsza przygoda na dachu, nie tylko odbiła się na jego psyche, ale też na kondycji. Mimo to zdecydował się pójść. W sumie, to bywało gorzej. Wczorajszy łomot nie zrobił na nim aż takiego wrażenia, gdyż wpierdol zaliczał często. Jednak pierwszy raz od atrakcyjnej kobitki.

Skręcił w ulicę Sokolską, na której końcu można było dostrzec już drzewa placu Wolności. Kiedy mijał stojący po prawej stronie kościół, przystanął. Jego uwagę przykuł umieszczony nad bramą baner. Widniał na nim wizerunek długowłosego faceta z delikatnym zarostem, i wyciągającym ku niemu dłoń w zachęcającym geście. Niepokojąco mu kogoś przypominał. Gdyby nie te zbyt czyste ciuchy... Obok postaci widniał napis: „Wejdź, Jezus cie kocha".

- Kocha, to poczeka. - Mruknął Franc pod nosem, i ruszył dalej.

Po kwadransie był już na swoim podwórku. Jeszcze tylko zwyczajowe: „dobry wieczór" rzucone babci-sąsiadce, która miała chyba etat „obserwatora okiennego", i już człapał po schodach. Sto stopni z hakiem, tego wieczora dało mu w kość.

Kiedy przekroczył próg mieszkania, przywitało go stadko futrzastych głodomorów. Nastawił wodę na herbatę, wygłaskał dwa najbardziej natarczywe koty, ogarnął apokalipsę w okolicach kuwety, napełnił miski i usiadł przy stole w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Po chwili podniósł leżącą obok torbę, aby wypakować z niej niedojedzone, drugie śniadanie. Prócz dwóch czerstwych kromek z serem, było w niej coś jeszcze. Plastykowy bidon i teczka formatu A4. Wyjął je, i położył na stole. Na bidonie widniało logo firmy, w której pracował, i elegancką czcionką, drukiem wypukłym napisane: „25 lat działalności Firmy". Takie samo zdobienie znajdowało się również na lakierowanej, tekturowej teczce.

Powinien być dumny, gdyż nie każdy pracownik został uhonorowany takimi fajnymi giftami. Tylko ci, z największym stażem.

- Kurwa. Ja pierdole. - zaklął z cicha i otwarł teczkę.

Na pierwszej stronie szczerzyła do niego świeżo zrobione, bielusieńkie uzębienie, ludzka twarz kapitalizmu. W formie Prezesa. Pod spodem umieszczono zwyczajowe pierdolenie o tym, że fajnie, że miło, i że perspektywy. Oczywiście podziękowania za trud, i wyrażenie nadziei na dalszą owocną współpracę.

Popatrzył przez moment na leżący na stole stos rachunków, i z powrotem na teczkę. Pogrzebał w niej w nadziei, że do życzeń dorzucą choć pięć dych. Nie było. Była za to płyta DVD z nadrukowanym logiem i informacją, że może na niej Franc znaleźć ciekawe fakty z historii firmy. Oraz – co było dla niego bardzo istotne – perspektywy jej rozwoju.

- Oby was wszystkich chuj jasny strzelił. - Myśli Franciszka pomknęły niczym strzała w kierunku pracowników działu marketingu. - Obyście do śmierci seksu nie zaznali.

Kryzys. Słowo klucz, który zamykał każdą, nawet najbardziej nieśmiałą wzmiankę o możliwości podwyżki. Podwyżki były, i owszem. Nawet często, jednak były to podwyżki norm do wyrobienia. Od wielu lat zapierdalał za te same pieniądze. I co kwartał dowiadywał się, że musi zapierdalać bardziej. Bo kryzys.

Jednocześnie, mimo kryzysu, firma inwestowała w nowe placówki i oczywiście nowe, świetnie płatne etaty w centrali. Etaty bezsensowne dodajmy. Taki merchandiser, dajmy na to. Czyli panna po przyspieszonym kursie mycia czereśni. No i - co pewnie ma jakieś znaczenie, - bliska znajoma kogoś z firmowych decydentów. Otóż panna wykminiła nowe, lepsze metki. Z tekturki. Brawo i premia dla tej pani za udowodnienie, że jej etat jest bardzo potrzebny. Zmiana metek wiązała się z następnym ruchem. Oszczędnością. Otóż - aby nie drukować w zewnętrznej firmie, zakupiono kilkadziesiąt wypasionych drukarek. Plotka głosiła, że kupiono je w hurtowni związanej z księgową. Ale nic, brawo i premia za inicjatywę dla zamawiającego. Na złożone przez pracowników uwagi, że owe drukarki nie chcą drukować na kartonie, przyszła odpowiedź od informatyka, że nie wolno do nich żadnego kartonu wkładać, gdyż się od tego popsują. Brawo i premia dla nerda, za czujność i niedopuszczenie do popsucia drogiego sprzętu. Koniec końców, w firmie zostało sześćdziesiąt niepotrzebnych i nieużywanych gratów, a metki wróciły do formy sprzed „innowacji".

Takich historii Franc znał na pęczki.

Dopił herbatę i zabrał się za przegląd rachunków, wezwań do zapłaty oraz listów od windykatorów. Szybkie podliczenie i wyszło mu, że w tym miesiącu zostanie mu na życie sześć stów. Byłoby to całkiem nieźle, jednak w tym rozliczeniu nie wziął pod uwagę kociej karmy. I żwirku. Podliczył jeszcze raz. Trzy stówy z maleńkim haczykiem. Tak małym, że nie wystarczy na spłatę długu u Rebego. Na szczęście szef „Zaszytej" nie ponaglał nigdy Franca. Wiedział, że zazwyczaj nie zalega z regulowaniem rachunku, który dodajmy, nie wynosił nigdy więcej niż za dwa, góra trzy piwa. Trzymając się zasady, że nie należy robić długów ponad miarę, Franciszek nie musiał się obawiać sytuacji, w której będzie musiał kogokolwiek omijać szerokim łukiem. Owszem, było w mieście parę lokali, gdzie nie zaglądał, jednakowoż nie chodziło o jego w nich zadłużenie. Część z nich była zbyt droga, część zupełnie nie w jego klimatach, a w paru pracowali goście, którzy mieli nieuzasadnione do Franca pretensje, w kwestii jego relacji z ich narzeczonymi. Zazwyczaj nieuzasadnione.

Tak więc, mieszcząca się niedaleko jego domu „Cafe Zaszyta", była jednym z jego ulubionych lokali.

Wstał, włożył z powrotem rozwalające się trampki i pogasiwszy światła, podążył tam właśnie. Dwie dychy, które zamierzał zwrócić Rebemu, powinny zniwelować część długu. Co prawda nie będzie miał wtedy na piwo, ale przecież jako sumiennie spłacający zadłużenie klient, może liczyć chyba na mały kredyt?

Poza tym tego wieczora miał być w „Zaszytej" koncert. Franc zazwyczaj nie przepadał za takimi imprezami, jednak miał dziś zagrać J.D.Overdrive.

Mocne, solidne jebnięcie. A on bardzo tego potrzebował.

 

Puścił ją. – Odejdź. – Powiedział i odwrócił się.

Kiedy znikła, a zapach ozonu rozwiał wiatr, człowiek osunął się na kolana. Znów był Francem. Rzygał.

*

Kiedy doszedł do siebie, dowlókł się do klapy w dachu i nie bez wysiłku zszedł po drabinie na półpiętro. Obolały i mocno zgłuszony, poczłapał do łazienki i włożył głowę pod zimny strumień wody z kranu. Ulga obolałej głowie przyszła dopiero po dłuższej chwili, ale dalej nie mógł zebrać myśli.

- Kawa, - pomyślał – Dużo kawy. I fajka.

Siedział teraz w kuchni, patrząc tępo na buchająca z czajnika parę. Coś w głowie mówiło mu, że trzeba zebrać się w sobie i ogarnąć to, co miało miejsce na dachu. Ale na razie nie potrafił skupić się na niczym innym niż promieniującym bólu rozbitej szczeki i połamanych żeber.

Kiedy gorący aromat palonych ziaren wypełnił kuchnię, Franc był już na tyle przytomny, aby zacząć myśleć.

- Co to kurde było? Zaraz.... Kobieta.... Anioł...Zresztą chuj wie, kim była... Nieważne... Obiła mi pysk. Ale dlaczego? – Próbował skupić myśli na wydarzeniach sprzed godziny. – Kurwa! O co chodzi! Dlaczego?

*

Opadł ciężko na pokryte futrem łoże. Pędzący niczym huragan oddech uspokajał się z wolna, a wirujące przed oczami miliony gwiazd, rozmywały się w mroku. Gasły. Zroszona potem skóra znów zaczęła czuć szorstkość posłania. Błogość, która przed chwilą eksplodowała w jego czaszce, rozlewała się na całe ciało Welesa. Szaleńcze tętno boskiej krwi z wolna wracało do zwykłego rytmu. Odwrócił głowę i spojrzał na leżącą obok rozedrganą postać. Jej ciało migotało niczym bladozielony płomień, a nimb jarzył się soczystym błękitem. Sperlona niedawną rozkoszą pierś, unosiła się w rwanym oddechu.

- Mokosza, maleńka moja... Tak mi ciebie brakowało...

Zwróciła w jego stronę głowę. Dostrzegł łzy. Przygarnął ją ramieniem.

- Ciii.... Już dobrze. Jestem. - Wyszeptał.

Leżeli jeszcze przez czas jakiś w milczeniu, każde nieobecne. Ona pogrążona w tym, co było, on rozmyślał o tym, co nastąpi. Wzrok Krowiorogiego powędrował ku górze, gdzie poprzez strop komnaty utworzony ze splecionych konarów, prześwitywały gwiazdy. Nie chciał przyznać, nawet przed sobą samym, że nie wie co dalej. Właściwie nigdy nie kierował się żadnym planem, zazwyczaj starczała mu intuicja. Ale czuł, że w obecnej sytuacji to może być za mało. Uniósł się na łokciach, i omiótł wzrokiem po komnacie Mokoszy. W świetle migających pochodni dostrzegł cień. W nogach łoża, siedziała jak gdyby nigdy nic, drobna postać z różkami. I przyglądała się leżącym na posłaniu kochankom.

- Boruta! - Zawarczał Weles. - Miej litość! Co ty tu....

Na te słowa, Mokosza także uniosła głowę i wrzasnęła:

- Weles, co ten cap tutaj robi?

Boruta zerwał się na koźle nogi, i z przesadną szybkością i manierą ukłonił się do samej podłogi. Kiedy wyprostował grzbiet, na jego pysku malował się szelmowski uśmiech. Na szczęście dla niego, mrok panujący dookoła nie pozwalał bogini na jego zauważenie.

- Szef. Wieści szefowi przyniosłem. - Uśmiechnął się rozbrajająco.

Weles wykonał gest dłonią i komnata rozjaśniła się na tyle, by mógł ten uśmiech dostrzec.

- Wieści mogły poczekać. To nie powód, aby przerywać nam... ten... no, odpoczynek.

- Toż nie przerywałem. Ino czekałem cichutko.

- On był tu cały czas!? - Mokosz prawie wpadła w furię. - Grrr... - zazgrzytała zębami i szybko wstała z łoża. Naga wyszła z pomieszczenia, trzaskając ostentacyjnie drzwiami.

Krowiorogi, już rozbudzony, machnął ręką w geście rezygnacji. Usiadł.

- Mów. Co jest takiego ważnego, że zakradasz się tutaj, ryzykując wyrwanie chwosta?

- A co ona taka nerwowa? Toć jam ryćkania nigdy nie widział? Bo mi to dziwne?

- Nie przeginaj, Boruta. Nie przeginaj.

- No to już godom. - Bies oblizał wydatne wargi i przysiadł się bliżej. - Andżelusa nie ma.

- Kogo?

- No tego, co nas z zadupia wyciągnął. - Boruta zdawał się lekko poirytowany słabą pamięcią swego szefa. - Nie dalej jak trzy dni temu został wezwany na pogaduszki. A wie szef do kogo?

- No? - Zainteresowanie Welesa nie było tak wielkie, jak by Boruta oczekiwał.

- Do prywatnych komnat Jehowaha! Ale najlepsze jest to, kto go tam zawezwał! - Tryumfalnie oznajmił.

- Miej litość. Streszczaj się.

- Lucyferia!

- Nie może być. A co u licha ona ma z tym wszystkim wspólnego?

- Ano mo! - Ponoć już od długiego czasu bywo u niego. Nawet swoje komnaty tam mo. Wszyscy to wiedzom.

Weles spurpurowiał na twarzy i zrobił głęboki wdech. - Szlag by to! - Warknął.

- No co szef? - Bies jakby spoważniał. - Szef jeszcze...

Ten machnął tylko ręką i powiedział: - Nie. Stare czasy. Było - minęło. Mnie martwi tylko to że Dżimi ma takiego sojusznika. To wiele zmienia.

- Może ino się ryćkajom? - Rzucił z nadzieją w głosie Koźlonogi.

- Nie znasz jej? Trzymają razem. To pewne. - Zamyślił się. - Coś więcej wiesz o tym zniknięciu Andżelusa?

- O nim nic. Ale najlepsze będzie teraz. Wczorej z rana, Lucyferia miała niekontrolowany powrót. - Boruta uśmiechnął się szelmowsko.

- Jak to? - Ta wiadomość wyrwała Welesa z zadumy. - Skąd wiesz?

- Pół departamentu o tym godo. Wywaliło ją przed dormitorium. A wyglądała nietęgo. Jakby ją sto biesów wychędożyło – Zakończył rewelację w sposób najbardziej obrazowy, jak potrafił.

- Niemożliwe.

- Prowda to! A wie szef kaj była? Na ziemi! - Tryumfalnie obwieścił zaufany Welesa.

- Skąd wiesz?

- Od odźwiernego Jehowaha. To mój stary kamrat. Znom go od czasu...

- Znasz kogoś od Dżimiego? - Prawie krzyknął Weles. - I nic nie mówiłeś?

- No mówię przeca.

Weles wstał i zaczął się odziewać. Myślał. Te wiadomości były naprawdę ważne. Nie wszystkie pomyślne, ale wszystkie mogły mieć poważne konsekwencje na przyszłość. Musi natychmiast zwołać naradę.

- Boruta, zwołaj wszystkich. U mnie i jak najszybciej.

- Dobra, szef. Już leca. - Bies wstał i pobiegł w podskokach ku drzwiom. Ale kiedy do nich dotarł, odwrócił się, gdyż jeszcze jedna wiadomość mu się przypomniała.

- Aha, bym zapomnioł. Bliźniaki wróciły.

Weles przerwał dopinanie pasa. Powoli odwrócił się i popatrzył na Borutę.

- Co?

- No, przeca godom. Wróciły. Thor i Odyn.

 

Dwa dni później.

- Chłodno – pomyślał Franc i zapiął suwak kurtki. Przysunął się bliżej komina i oparł się plecami o zimne cegły. Poranne kwietniowe niebo, jasne i czyste jak jeszcze nigdy w tym roku, było wystarczającym powodem, aby wdrapać się na dach tej starej kamienicy. Upił łyk wystygłej już kawy, którą przyniósł z sobą w termosie, i sięgnął po blanta. Blado-siny dym uchodzący przez nozdrza, przesłonił mu na moment oczy.

Przechylił się lekko przez krawędź dachu i spojrzał w dół. Na mokry jeszcze bruk, po którym co chwila szli dokądś nieliczni przechodnie. W bramie naprzeciw załatwiał swoją potrzebę jakiś żul, parę metrów dalej czule obejmowała się para młodych ludzi, a starsza kobieta na trzecim piętrze zabierała się do mycia okien. Leniwy, senny poranek tej części miasta. Jakże inny od tego, co działo się zaledwie parę przecznic dalej. Tam, w centrum, z pewnością tratował już chodniki śpieszący do pracy lub na zakupy tłum. Franciszek wiedział, że nie minie kwadrans, a ludzka rzeka wpłynie także i tutaj. Rozleje się po okolicznych uliczkach, płosząc bawiące się na wynędzniałym trawniku koty. Wypłoszą także żula z bramy, przestraszą całującą się nieśmiało parę, a babcia na trzecim zamknie okno, gdyż hałas. Wypłoszą także Franca. Ale do tego czasu ulica, dachy w zasięgu wzroku i niebo były tylko jego. Miał jeszcze kwadrans. Może trochę więcej. Ale powinno wystarczyć, aby nabrać sił. Naładować akumulatory. Sztachnął się i upił łyk zimnej już prawie kawy. Ciężar nocy ulatniał się z każdym kłębem dymu wychodzącym z Franciszkowych płuc. A rześki wiatr rozwiewał wspomnienia koszmarów.

Usłyszał coś. Niespiesznie odwrócił głowę i zobaczył kobietę. W innych okolicznościach zdziwiłby się na ten widok, ale teraz był tylko zaciekawiony. Spodziewał się kogoś innego. Zanim ją spostrzegł, zanim odwrócił głowę, usłyszał przecież zapowiedź tego, co będzie. Cichy trzask i zapach ozonu.

Podeszła do krawędzi dachu nie patrząc na Franca, i oparła się o niski murek. Spojrzała w dół. Czarne jak sadza kosmyki jej włosów zaczęły tańczyć na wietrze, a zapach lawendy zmieszał się z tytoniowym dymem. Franciszek patrzył w milczeniu. Jakoś nie miał dobrych przeczuć. Gdyby nie ten trzask i nie ten ozon, byłby pewnie nawet zadowolony z towarzystwa. Ale nie był. Więc milczał.

- Ładnie tutaj – powiedziała po dłuższej chwili nieznajoma i odgarnęła przyklejony do policzka kosmyk.

- Ładnie. – Potwierdził.

- Szkoda – odparła.

Franc nie zrozumiał – Szkoda, że ładnie?

Odwróciła się i spojrzała na niego. Była piękna. Ładniejsza niż mu się wcześniej wydawało. Delikatne, regularne rysy twarzy, zgrabna sylwetka niezbyt ukryta pod skromną, szaro-różową sukienką, w innych okolicznościach mogłyby nieźle Franciszka podkręcić. I te oczy. Jasne jak jasna cholera. Niestety okoliczności były takie, a nie inne.

- Szkoda, że niedługo już będzie tutaj tak ładnie. – Odpowiedziała.

- Jesteś tu po to, by mnie ostrzec przed wyburzeniami? Jakiś parking rada miasta planuje tu zrobić?

Uśmiechnęła się lekko. Prawie niezauważalnie. Uniosła dłoń, a wiatr, który coraz bardziej dokazywał sobie z jej włosami, zamarł. W jednej chwili zrobiło się cicho, a chłód przestał doskwierać. – Nie kpij sobie. Wiesz, o czym mówię.

- Z grubsza się domyślam. Nie mam jednak pojęcia, dlaczego to mnie ostrzegasz. Nie lepiej kogoś z władz? Bo ja wiem? Premiera? Prezydenta?

- Może nie uwierzysz, ale ważniejsze jest, abyś ty wiedział. – Nieznajoma zrobiła efektowną pauzę, uniosła wyżej głowę, wyprostowała się, a od całej jej postaci bił nienaturalny blask. – Ty musisz wiedzieć. Ty musisz podjąć decyzję. Bo to od ciebie zale... – Nie dokończyła.

- PATRZ MI W OCZY – wycedziła po chwili przez zaciśnięte usta.

Franc niechętnie uniósł wzrok. I spojrzał w jasne oczy nieznajomej. Niechętnie, bo jej spojrzenie budziło grozę. A cycki nie budziły.

- Przepraszam – bąknął. – Możesz kontynuować?

- No dobrze – postanowiła zmienić taktykę. Blask bijący od nieznajomej przygasł, a ona sama usiadła na ceglanym murku. Franc poszedł w jej ślady, siadając na papie pokrywającej dach. Oparł się i wyjął papierosa.

- Chcesz?

- Pokręciła głową.

- Zostałam tu przysłana, abyś podjął najważniejszą w swym życiu decyzję. Skutki twojego wyboru będą decydujące nie tylko dla ciebie, ale dla tego wszystkiego – ruch ręki wskazał wszystko aż po horyzont.

Franc, gdyby był młodszy, pewnie byłby mile połechtany informacją, że znalazł się w roli zbawcy ludzkości. Jednak ta wizyta była spóźniona o dobrych parę lat. Jego mesjanistyczne ambicje były obecnie mniej więcej tak silne, jak ambicje zawodowe. Znaczy żadne. Poza tym coś mu mówiło, że siedząca na murku piękność, łże jak bura suka. Jednak nie podzielił się z nią tymi wątpliwościami. Na razie.

- Może od początku, siostro – Franciszek wszedł jej w słowo. – Przysłana? Przez kogo?

- Boga. Stwórcę. Pana świata.

- Aha.... Kumam. – Pokiwał głową i łyknął resztkę zimnej kawy. – Jehowaha.

- Tak – potwierdziła. – Przysłał mnie, gdyż chce, abyś stanął po właściwej stronie.

- Rozumiem, że niewłaściwa strona to ta, reprezentowana przez tego, jak mu tam, Welesa? – Przypomniał sobie to, o czym mówił mu Andżelus na temat sytuacji w zaświatach. – Na czym ma polegać to moje „stanięcie"?

- Jak sprowadziłeś Welesa? – Nieznajoma przeszła do konkretów.

- Tylko tyle? – Na jego twarzy pojawił się ironiczny grymas - Chcesz powiedzieć, że zapowiadany od dwóch tysięcy lat armagedon zostanie anulowany za taką lichą informację? Albo masz mnie za durnia, albo wy tam na górze jesteście zdrowo szurnięci.

O dziwo, jego słowa nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Nie dostrzegł ani śladu gniewu, zniecierpliwienia czy nawet irytacji. Patrzyła na niego spokojnie, milcząc przez chwilę.

- Po pierwsze nie anulowany, a odroczony. Co, przy długości waszego, ludzkiego życia znaczy całkiem sporo – rzekła po chwili. – A co do naszych poczynań – zrobiła krótką pauzę – nie zrozumiesz ich. Nie jesteś w stanie. Więc jak będzie?

Pokręcił głową. Włożył rękę do kieszeni, by wyjąc paczkę fajek. Pusta.

- Mogłabyś? – Wskazał na puste pudełko.

Po chwili miał już pełną paczkę. Odpalił.

- Więc mówisz, że Jedyny Bóg ma na pieńku z pewnym gościem, który też zresztą jest Bogiem. Ba, Jedyny ma problem, z tego, co wiem, z całą watahą Bogów. I ten Jedyny Bóg, który jest także Wszechmogącym Bogiem, potrzebuje pomocy kogoś takiego jak ja. A w razie mojej odmowy, ten Bóg, który do tego jest Bogiem Sprawiedliwym, zastosuje odpowiedzialność zbiorową, czyli wybije całą ludzkość. O faunie i florze nie zapominając. Będąc jednocześnie Miłującym Ojcem zresztą. – Wypuścił chmurę sinego dymu. – Wiesz, to się żadną miarą nie trzyma kupy.

- Z grubsza rzecz biorąc, tak właśnie jest. A że nie rozumiesz – wzruszyła swymi nieskazitelnymi ramionami – nie musisz. Więc jak?

Wstał, otrzepał spodnie i podszedł do skraju dachu. Myślał. W dole ulica zapełniała się już ludźmi. Szli śpiesznie w sobie wiadomym kierunku, nieświadomi, że parę pięter wyżej, na dachu starej kamienicy ważą się być może ich losy. Nie wiedział skąd, ale miał prawie pewność, że nieznajoma kłamie. Gra w jakąś grę, o której zasadach nic nie wiedział. Ale mieć PRAWIE pewność, to nie to samo, co MIEĆ pewność. Bo jeśli jest tak, jak mówi, to być może powinien jej powiedzieć, co wie. Tylko że Franc, tak naprawdę nie wie nic. Chyba. Może jej tylko powiedzieć, jak wymyślił swojego blanta, który sprowadza anioła. Jak ten anioł, robiąc jednego macha, sprowadził do knajpy tego rogatego jegomościa. I o Ponurym mógłby powiedzieć. Tyle. To chyba niewiele za zażegnanie ryzyka jakiejś strasznej katastrofy, która może nastąpić. Zresztą, gdyby go zapytała o to bez tego nadętego wstępu, pewnie by jej to wszystko od razu opowiedział. Żadna w sumie tajemnica.

Kiedy już chciał to zrobić, gdzieś w najgłębszym zakamarku Franciszkowego umysłu pojawiło się, uczucie, że jednak to nie jest dobry pomysł. Rosło szybko. Nie miało racjonalnych podstaw. Nie miało argumentów, ale było coraz silniejsze. Po chwili odwrócił się do nieznajomej istoty i sam się sobie dziwiąc, powiedział:

- Nie. I nie pytaj dlaczego.

Podeszła do niego. Blisko.

- Popatrz mi w oczy. W oczy powiedziałam. – Jej głos był spokojny i melodyjny. – Jeśli zechcę, wyciągnę z tego twojego upośledzonego narkotykami umysłu wszystko, na czym mi zależy. Ale na razie ciągle masz szansę. W pewnym sensie bawi mnie ta rozmowa. Jednak nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. Z lepszymi od ciebie radziłam sobie.

- Nie wątpię. – Powiedział Franc. Lekki dreszcz przebiegł mu po plecach, co oznaczało, że zaczyna się bać. A kiedy się boi, staje się pyskaty, co też nastąpiło i tym razem. – Z lepszymi na pewno. Ale czy masz doświadczenie z gorszymi?

Pierwszy raz na jej twarzy zagościł grymas. Skrzywiła się i powiedziała: - Myślisz, że ochroni cię fakt, iż jesteś homo alieni?

- Jestem homo? – Zaniepokoił się Franc i w myślach przeleciał parę ostatnich imprez. Ze szczególnym uwzględnieniem miejsc, w których się budził. I przy kim. Trochę go uspokoił fakt, iż nie byli to faceci.

- To znaczy, że masz ochronę Welesa, głupku. – Powiedziała, a on przypomniał sobie to, o czym mówił mu Andżelus. – To znaczy, że kiedy z tobą skończę, nie będę mogła zakończyć twego żałosnego życia. Ale będę mogła coś ci dać. Coś, co spowoduje, że nic nie będzie już takie samo. Wiedzę, tak straszną, że każdy dzień będzie dla ciebie koszmarem. Będziesz żył, chodził, jadł i srał z brzemieniem, które będzie ponad twoje wątłe siły. – Blask spowijający jej postać powrócił. Tym razem groźny, majestatyczny. Jakby urosła w oczach coraz bardziej przerażonego Franca. Wiatr, tak jak nagle zamarł, tak powrócił ze zdwojoną siłą, a niebo przyciemniało.

Stali tak naprzeciw siebie, a Franciszek czuł, jak jakaś siła wdziera się do jego głowy. Starał się bronić, ale wszelkie próby spełzały na niczym. Jego oddech stał się szybszy, a na skroniach pojawiły się krople potu. Wchodziła w niego jak nóż w masło. Odkrywała po kolei wszystkie zakamarki jego pamięci, aż nalazła to, czego szukała. Bał się. Nie, nie bał się, był kurwa przerażony. Nie potrafił zapanować nad ogarniająca go powoli paniką. A iskierka tego, co kazało mu odrzucić propozycje nieznajomej, gdzieś uleciała, zostawiając go na jej pastwę. Osunął się ciężko na kolana. Nie miał już siły bronić się przed tym, co wpływało do jego umysłu. Lodowaty strumień wlewał się w każdy zwój jego mózgu, każda jego komórka zapełniała się czymś, czego nazwać nie potrafił. Groza? Lęk? Nie, to było coś innego. Zrozumienie. Ale takie, które daje zamiast spokoju rozpacz. Tak, rozpacz eksplodowała w duszy Franciszka.

- Więc sprowadziłeś go, paląc jakieś świństwo? – Roześmiała się stojąca nad nim złowieszcza postać. – A ja myślałam... Nieważne zresztą. Za chwile odejdę, a kiedy zostaniesz sam, będziesz przeklinać chwilę, w której odrzuciłeś moją propozycję. – Powiedziała do starającego się utrzymać godną postawę Franca. W tym wypadku godna oznaczała - „na czworakach".

Chciała już odejść, ale coś przyszło jej do głowy. – „A może by wykorzystać jeszcze to ludzkie truchło?" – Pochyliła się nad dygocącym człowiekiem i złapała go za włosy. Uniosła szarpnięciem głowę i powiedziała:

- A może myślisz, że gdy odejdę, pomoże ci Andżelus? Albo sam Weles? – Zacisnęła mocniej dłoń na włosach Franca, wyrywając wiele z nich – No to sprowadź ich. Wiem, że w kieszeni masz jeszcze to swoje ziele.

Faktycznie, miał. A ona mu o tym przypomniała. Pomyślał, że zrobi wszystko, aby uwolnić się od tego, co właśnie się z nim działo. Sapiąc z wysiłku, włożył dłoń do kieszeni. Poczuł chłód metalowej papierośnicy, ale jej nie wyjął. Wyciągnął pustą dłoń i podparł się nią.

- Pieprz się.

- Jaki wulgarny. – Stwierdziła ironicznie.- Grasz twardziela. Ale pamiętaj, że ja wiem, kim jesteś. Rozbabrałam przed chwila twoją duszę jak świnia koryto. W gruncie rzeczy jesteś tylko nędznym, małostkowym tchórzem. A najbardziej się boisz, że ktoś odkryje te wszystkie świństewka, te, które nosisz ukryte w sercu. Te, których nawet nie miałeś odwagi popełnić, choć chciałeś. Gdybyś się na nie odważył, byłbyś przynajmniej kimś, a tak jesteś nikim. I jako nikt przeminiesz. A to boli cię najbardziej. Nie mam racji? – Puściła jego włosy i z teatralnym obrzydzeniem wytarła dłoń o jego koszulę.

Nie odpowiedział. Teraz resztki sił poświęcał na to, by nie upaść całkiem.

- Nadzieja to ciekawa rzecz, - kontynuowała. – Dla was ludzi, jest ważniejsza niż pokarm. A ty jesteś teraz jej głodny. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. No, nażryj się. Wypal to zielsko.

Nie wiadomo skąd, blant Franca znalazł się w jego ustach. A w jej dłoniach pojawiła się jego własna zapalniczka. Podsunęła mu ja pod nos.

- Nie samym blantem człowiek żyje. – Powiedział i wypluł skręta. Ten, potoczył się kawałek, i wpadł do rynny.

Uśmiechnęła się paskudnie i wykonała nieznaczny gest dłonią. Blant znów pojawił się przed sponiewieranym Franciszkiem. – No, zapal. Zrób mi tę przyjemność i sprowadź któregoś ze swych przyjaciół. A może obawiasz się, że nie zechcą kiwnąć palcem w twojej obronie? – Próbowała zasiać w nim zwątpienie. Jak gdyby zapomniała, że rozpacz, którą wlała w niego, nie zostawiła miejsca na żadne nowe uczucie. – Zapal, a ulżę ci. Co prawda nigdy nie zapomnisz tego, czego przed chwilą doświadczyłeś, ale mogę osłodzić jakoś resztę czasu, który ci pozostał. Popatrz. – Położyła dłoń na jego głowie. Tym razem miękko, prawie czule.

Świat zawirował. Franc zobaczył siebie. Jak w przyspieszonym filmie ujrzał alternatywę do tego, co prawdopodobnie go spotka. Pieniądze, które nie kończyły się tydzień przed wypłatą, zasobny i ciepły dom w spokojnej okolicy, grono uśmiechniętych przyjaciół i kobietę, która była jak... Ech...

Otrząsnął się ostatkiem sił. Już kiedyś ktoś snuł przed nim taką wizję. Tylko kto? Skupił resztki woli, aby sobie przypomnieć. Tak, wie. Jedna koleżanka, która robiła w Amwayu.

Dłoń nieznajomej zsunęła się z jego głowy. Wizja znikła tak szybko, jak się pojawiła.

- Więc?

- Mam cię w dupie.

Pierwszy kopniak tylko go przewrócił. Drugi zamroczył na moment. Kiedy jego ciało zbliżyło się niebezpiecznie do krawędzi dachu, ciosy ustały. Otworzył oczy i spojrzał na wściekłą nieznajomą.

- Miałeś szanse. Dowiedziałam się wszystkiego, czego chciałam, więc żegnam. – Odgarnęła kosmyk włosów, który opadł jej na czoło. – Na koniec dam ci radę. Rzuć się z dachu, bo to, co teraz czujesz, jest niczym w porównaniu z tym, co cię czeka. – I odwróciła się, by odejść.

Zrobiła parę kroków, by przygotować się do powrotu. Nie myślała już o leżącym opodal Francu, gdyż całą uwagę skupiła na wejściu w Nieprzestrzeń.

- Stój. – Usłyszała głos w głowie. Głos był zimny, rozkazujący.

Powoli odwróciła się, aby zobaczyć podnoszącego się wolno Franciszka. – Żywotne bydlę – pomyślała i wyciągnęła dłoń, by powalić go strumieniem mocy. Komin z jego plecami ucierpiał utratą paru cegieł, a talerz anteny poszybował jak latający spodek. Jednak na Francu zdawało się to nie robić zbytniego wrażenia. Kiedy wyprostował się, ruszył w jej kierunku.

Spróbowała ponownie, ale tym razem strumień, miast wydostać się z dłoni i uderzyć w człowieka, eksplodował w jej głowie. Zamroczyło ją, a kiedy odzyskała wzrok, Franciszek stał przy niej. Nieruchomo przyglądał się jej twarzy. Mimo ubrudzonego i podartego ubrania, mimo zlepionych potem i skołtunionych włosów i paru sińców, nie było po nim widać żadnego zmęczenia. Zdziwiona spojrzała w jego oczy. Zimne i puste. W tym momencie zdziwienie przerodziło się w strach. Chyba strach, gdyż eony temu zapomniała o tym uczuciu. A teraz powróciło za sprawą tego człowieka. Poczuła, jak teraz on wchodzi w jej umysł tak, jak przed chwilą ona wchodziła w jego. Starała się bronić, ale skutek był taki sam, jak jego obrona przed nią. Teraz to ona stała się ofiarą. Strach i panika wstrząsnęły ciałem kobiety tak, jak nigdy dotąd. Poległa, skapitulowała, a człowiek przetrząsał jej umysł. Długo i systematycznie. Kiedy skończył, drżąc, osunęła się na kolana.

Uniósł ją jak piórko i oparł o ceglany komin. Przytrzymał.

- Kazałem ci zostać. – Powiedział niewerbalnie.

- Kim? Czy jesteś? – Wyszeptała z trudem.

- Człowiekiem. Jego esencją. Jestem sednem. Jestem tymi wszystkimi, którzy byli, którzy są i którzy będą. Ja jestem Syn Człowieczy, Zrodzony a Nie Stworzony, Współistotny Ojcu. – Wyrecytował powoli, akcentując każde słowo. – Rozumiesz, o czym mówię, Lucyferio? Zrodzony a Nie Stworzony. Wiem, że rozumiesz.

- „Ale jak? Skąd on wie? Skąd zna moje imię?" – Przemknęło przez myśl już na wpół zemdlonej bogini. Bała się.

- Wiem. Już wiem. – Odparł głos w jej głowie. – Za chwilę odejdziesz, ale zanim ci na to pozwolę, pozwól, że ja dam ci Wiedzę. Popatrz na mnie. – Ujął ją za podbródek, który opadł na falującą pierś i uniósł go.

Zobaczyła w jego myślach nienawiść większą, niż przypuszczała, że istnieje. Miłość żarliwszą niż znają w zaświatach. Pogardę głębszą niż jej własna kiedykolwiek mogłaby być. Żądzę, litość, gniew, okrucieństwo, miłosierdzie i wiele innych rzeczy. A wszystkie tak intensywne, tak mocne, że nie uwierzyłaby w nie, gdyby teraz ich nie doświadczyła.

Zwiotczała, ale nie dał jej upaść. Chciała krzyknąć, ale z gardła wydobył się zaledwie cichy charkot. Opuściła powieki, ale to nie pomogło. Wchodził w nią coraz głębiej, a kiedy skończył, niewiele zostało z jej boskości. Z kącików ust, oczu i uszu płynęły wąskie stróżki bladoniebieskiej, boskiej krwi.

Puścił ją. – Odejdź. – Powiedział i odwrócił się.

Kiedy znikła, a zapach ozonu rozwiał wiatr, człowiek osunął się na kolana. Znów był Francem. Rzygał.

 

Obudziło ją jej własne chrapanie. Powoli, z niejakim wysiłkiem rozwarła powieki, a ostre światło wpadające przez okno wwierciło się bólem w jej czaszkę. Dawniej często miewała kaca, jednakowoż ten był gigantyczny. Wino pijane w zaświatach było przy spożytym wczorajszego dnia balsamie niczym lekki wietrzyk przy huraganie. Uniosła z wysiłkiem głowę, po czym wstała.

- „Nigdy więcej. Przenigdy!" - zarzekła się w myślach Lusiferia, i rozejrzała się po komnacie.

Jehowaha nie było. Był za to nieład. I plama na wyściełającym posadzkę altany kobiercu. Blado-bure paprochy, z których składały się owe plamy, Lusi zidentyfikowała jako grzybki. Grzybki ze wczorajszego posiłku. Skrzywiła się i poczłapała ku oknu.

Wdech. Wydech. Koncentracja.

Po chwili zalała ją fala ciepła, a umysł znów działał jak przed spożyciem. W jednej sekundzie znów była na chodzie. Zaleta bycia boginią.

Odwróciła się od okna, przyjęła władczą postawę i przywołała cherubina.

- Posprzątaj tu. I przekaż Rufusowi, że chce widzieć się z tym aniołem od anomalii. Będzie wiedział, o kim mówię. - dodała, kiedy na twarzy lokaja pojawił się grymas pytania. - Czekam w swoich komnatach. Niech się pośpieszy.

*

Andżelus zachodził w głowę, czego chciała od niego szefowa geologii przez całą drogę. Wyjaśnienie przyszło, kiedy przyprowadzono go pod drzwi apartamentu Jehowaha.

- „Niedobrze". - pomyślał, kiedy stary cherubin kazał czekać mu w atrium, a sam poszedł go zaanonsować.

Nie miał czasu jednak na panikę, gdyż już po chwili stał przed szefową geologii.

- Gloriam – rzekł trochę zbyt cicho, i opuścił wzrok w geście szacunku.

- Podejdź. Bliżej. - Lusiferia przywołała Andżelusa skinieniem dłoni, i wskazała miejsce na neoklasycystycznej kozetce. Siadł i czekał.

- Ty jesteś Andżelus. - Stwierdziła raczej, niż zapytała. - Pewnie wiesz, dlaczego chciałam z tobą rozmawiać?

- Tak. - Odparł. - Chodzi o tego człowieka.

Lusiferia uśmiechnęła się lekko i wstała zza biurka. Podeszła do siedzącego anioła, zabierając po drodze z komody dwa pucharki. Usiadła i podała jeden Andżelusowi.

Po raz drugi tego dnia pomyślał, że jest niedobrze. Ambrozja. Ale gorzkawy, migdałowy zapach świadczył, że z mała domieszką. Liquidum verum. Z cała pewnością chciała go skanować. A napój w pucharze miał jej to ułatwić. Wiedział, że nie jest w stanie wejść w jego umysł i wyciągnąć stamtąd potrzebnych jej informacji, ale mogła spowodować, że nie mógł kłamać. Zawahał się chwilę, ale wypił. Nie miał wyjścia. Zimny dreszcz przeszedł mu po ramionach, a pióra skrzydeł nastroszyły się lekko.

- Cóż... - Lusiferia odstawiła swój puchar, nawet go nie tknąwszy. - Powiedz mi czy wiesz, dlaczego ten człowiek...

- Franc. - Podpowiedział.

- Właśnie. Dlaczego ten Franc ma z tobą... jakby to ująć? Więź?

Blant. Wynalazek Franca był powodem, dla którego Andżelus tak często ostatnimi czasy lądował na ziemi. Ale nie chciał jej tego zdradzać. Coś mówiło mu, że nie powinien. Jednak musiał jej coś odpowiedzieć. I to zgodnie z prawdą.

- Wiem. Inspektorius Rufus twierdzi, że to sprawa anomalii. - Nie skłamał anioł.

Jednak Lucy nie tak łatwo dała się spławić. - Czy ten... Franc, czy on sprowadza cię świadomie? Chodzi mi o to, czy potrafi sprowadzać cię, kiedy tylko zechce? - spytała, patrząc uważnie w twarz przesłuchiwanego.

- Tak, robi to świadomie. I potrafi. - Tym razem nie potrafił wymigać się od prawdy.

- Wiesz jak?

Znów musiałby powiedzieć o Francowym wynalazku, i znów musiał coś wymyślić, aby tego nie robić. A kłamać nie mógł. Umysł Andżelusa zaczął pracować szybciej. Przed oczami przesuwały mu się obrazy. On sam lecący przez Nieprzestrzeń. Stający u celu podróży przed Franciszkiem. Ten ostatni odpalający blanta. Wyciągający go z kieszeni. Cofał się w podróży do momentu, gdy Franc mieszał zioła. Jakie to zioła? Ile ich i w jakich proporcjach tworzą mieszankę zdolną przywoływać mieszkańców zaświatów? Miał odpowiedź dla Lusiferii.

- Nie znam jego recepty. - Powiedział.

- A... Czy wiesz, jakim cudem udało mu się sprowadzić Welesa? - Padło wreszcie pytanie, dla którego wezwano tutaj Andżelusa.

Zastanowił się. Już chciał powiedzieć, że to nie człowiek a on sam był tego przyczyną, ale w sumie nie o to pytała. A przecież nie wiedział, że to dzięki rucie zawartej w blancie nastąpił ten „cud".

- Nie, nie wiem.

Lusi przestała pytać. - „Może on rzeczywiście nic nie wie? Nic to. Trzeba inaczej". - Pomyślała.

Wstała i podeszła do biurka. Zabrała z niego jeden z leżących tam pergaminów, i czytając, wróciła do kozetki.

- Nie jesteś zbyt rozmowny. - Rzekła, nie przerywając czytania. - Po czym podniosła wzrok i popatrzyła mu w oczy. Długo.

- Jestem onieśmielony, Pani. - Wytrzymał jej spojrzenie – I staram się być pomocny.

- I nie kłamiesz? - Powiedziała, a jej spojrzenie wwierciło się w jego oczy ponownie.

Anioł powoli wziął puchar. Popatrzył wpierw na niego, a potem na nią. – Jak bym mógł? - Sarkazm w jego głosie był nieukrywany. Wypił resztkę ambrozji.

Lucy uśmiechnęła chłodno się i podniosła trzymany pergamin do twarzy Andżelusa. Kątem oka rozpoznał swoje dossier. Usiadła bliżej. Zbyt blisko.

- Z tej rozmowy wnioskuję, że jesteś inteligentny. A z tego dokumentu, że ambitny. I zawieszony w obowiązkach. A to ostatnie można zmienić. - Teatralnym gestem wrzuciła pergamin za sofę, na której siedzieli. Musnęła jego skrzydło dłonią. - Chciałbyś znowu pracować? - Jej dłoń powędrowała w okolice ucha anioła. - Pracować dla mnie?

- Obawiam się, Pani, że informacje o mojej ambicji są mocno przesadzone. - Sam zdziwił się odpowiedzią, której udzielił. - Czy to wszystko?

Westchnęła. - Tak. Możesz odejść. - Jej głos był opanowany, ale spojrzenie...

Wstał i skierował się ku drzwiom. - Udało się. Mogło być gorzej. - pomyślał, łapiąc za rzeźbioną klamkę. Kiedy miał już ja nacisnąć, usłyszał:

- Zaczekaj! Ostatnie pytanie. - głos Lusiferii był stanowczy. - Czy wiesz, kiedy on znów cię wezwie?

„Cholera, a było tak blisko" - Pomyślał Andżelus. Musiał odpowiedzieć zgodnie z prawdą. A żaden wykręt nie przychodził mu do głowy. Patrzył na klamkę, która była na wyciągnięcie dłoni.

- Więc?

- Za dwa dni. O świcie. - Odparł, nie odwracając się do bogini.

Potężna fala energii uderzyła w jego plecy, w miejsce gdzie łączą się skrzydła i wdarła do czaszki. Eksplozja światła i bólu rzuciła nim wpierw o zamknięte drzwi, a potem o podłogę. Wibrujący dźwięk w uszach był ostatnia rzeczą, której doświadczył, nim stracił przytomność.

 

- Anioł?

- Tak... A skąd wiesz?

Franc, zrezygnowany westchnął. - Bo masz, kuźwa skrzydła. I aureolę.

*

- Idę na dach. Idziesz ze mną czy to koniec twojej wizyty? - Rzucił w kierunku skonsternowanego przybysza i chwycił drabinę.

- Niestety nie możesz. - zaoponował skrzydlaty – Grozi upadkiem.

- Czego nie mogę? - Franc odwrócił wzrok w kierunku przybysza, ale drabiny nie puścił.

- Użyć drabiny. Istnieje ryzyko kontuzji. Jak jeden do szesnastu tysięcy, co prawda, ale jednak. - Sprecyzował nowo poznany anioł. - Że o samym pomyśle chodzenia po dachu nie wspomnę.

- Spierdalaj, - pomyślał Franciszek i podjął próbę wejścia po raz kolejny. Niestety, jak to było do przewidzenia, była to próba bezowocna. Tak jak i cztery kolejne. Coraz bardziej poirytowany wspinał się dwa, trzy szczeble, by szybko zsunąć się na posadzkę klatki schodowej. Wreszcie zasapany i wkurzony zrezygnował.

- Chłopie! - Poirytowany Franc puścił w końcu drabinę i podszedł do balustrady. Popatrzył z góry na stojącą w cieniu postać, – O co ci chodzi? Kota chcę na dach wyprowadzić! Nie mogę?

- Nie.

- Dlaczego?

- „No właśnie? Dlaczego?" - Zdawała się pytać siedząca na szczycie drabiny Lilalu. Przestała miauczeć i drapać zamknięty nad nią właz. Patrzyła teraz z zaciekawieniem na rozgrywającą się niżej scenę.

- Już ci tłumaczyłem. - Anioł wzruszył ramionami, a skrzydła uniosły się ciut w górę. - Nie będziemy ryzykować. Jestem Twoim Aniołem Stróżem. - Dodał to takim tonem, jakby to miała być radosna niespodzianka.

- Mam cię w dupie – rzucił świeżo upieczony podopieczny, i wyciągając ręce, starał się chwycić opierającego się futrzaka. Kiedy to zrobił, wszedł do mieszkania i zatrzasnął drzwi. Tuż przed nosem anioła, który w międzyczasie wszedł po stopniach pod Franciszkowe drzwi.

Jednak, kiedy wszedł do kuchni, anioł jak gdyby nigdy nic, stał oparty o szafkę pod oknem. Gospodarz mieszkania nie był tym zbytnio zaskoczony, jednak nie zamierzał przejść nad niechcianą wizytą do porządku dziennego.

- Czego ty właściwie chcesz? - Rzucił w jego kierunku Franc, otwierając stojącą obok drzwi szafkę.

- Niczego. Mam cię chronić. - Skrzydlaty gość zrobił nieokreślony gest ręką. - Jestem twoim stróżem. Mówiłem już.

Franciszek nie przerywając przeszukiwania szafki, odparł:

- Mam już swojego stróża. Andżelusa znasz?

- Aaa, tego... Tyle tylko, że on nigdy nie był twoim AeSem. Znaczy aniołem stróżem. - Dodał, wydymając zbyt obfite usta.

Franc przerwał na moment przerzucanie rupieci i spojrzał na swego nowego dozorcę.

- Jak to?

- Nieważne. Ważne, że teraz jesteś pod skrzydłami profesjonalisty. Na ostatnie słowo położył silniejszy akcent. - Grameniusz jestem.

Franc nie zareagował na tę prezentację, gdyż właśnie znalazł to, czego szukał. Flaszka Raciborskiego podarowana mu jakiś czas temu przez Romana wychynęła spomiędzy pustych słoików i stosu pudełek po makaronie i kaszy. Rozejrzał się za otwieraczem. Tam gdzie zazwyczaj leżał, nie było go. Rozejrzał się po kuchni, omiótł wzrokiem szafkę w przedpokoju, a gdy nie znalazł, sięgnął po klucze z mieszkania. Wyniesione z harcerstwa umiejętności otwierania flaczek byle czym, niejednokrotnie przydawały się w jego dojrzałym życiu. Niestety klucze także gdzieś się zapodziały. Anioł milcząc, obserwował miotającego się Franciszka. Kiedy ten, zniszczył podczas usunięcia kapsla ostatnią zapalniczkę, odezwał się:

- Daj spokój. Zrób sobie herbaty.

- To twoja sprawka? - Pytanie zdawało się retoryczne.

- Uchu. - Przytaknął przybysz. - Alkohol szkodzi zdrowiu. A do tego te konserwanty...

- W chuj rzeczy szkodzi zdrowiu! - Wrzasnął Franc, tym razem werbalnie. - W tym popieprzonym świecie, co chwilę coś człowiekowi grozi nagłym zgonem lub kalectwem! Życie samo w sobie jest niezdrowe. Kto żyje, ten umiera! - W desperacji podparł się klasykiem.

- Dlatego też tu jestem. Wyeliminujemy zagrożenie do minimum – Anioł powiedział to takim tonem, jakby to miało Franca uspokoić, czy nawet ucieszyć.

- No to alleluja! Chwalmy Pana! - Franciszek nie zdawał się ani uspokojony, ani uradowany. - Kur... muszę zajarać.

Ręka automatycznie powędrowała do kieszeni, by wydobyć z niej paczkę eLeMów. Jednak nie wyjął papierosa. Spojrzał na opartego o blat gościa i stwierdził raczej, niż zapytał:

- Fajki też odpadają.

Wyraz twarzy jego osobistego AeSa starczyłby za odpowiedź, jednak usłyszał:

- I tak zniszczyłeś obie zapalniczki. Zapałki skończyły się rano, a od kuchenki nie odpalisz, bo, jakże mi przykro – Zrobił teatralny grymas – właśnie się zepsuła.

Franciszek usiadł, zdać by się mogło zrezygnowany i pokonany. Po chwili jednak wstał i włączył czajnik.

- Kawy mogę? - Popatrzył na Anioła.

- Raczej wykluczone. Przy twoim ciśnieniu... Herbata. Ale rumiankowa.

- Nie mam takiego szajsu. - Odparł.

- W szafce nad kuchenką poszukaj. - Przymilny uśmiech na anielskiej twarzy nie wróżył niczego dobrego. Franc otwarł drzwiczki. Tam gdzie kiedyś trzymał kawę, herbatę, ulubione ostre przyprawy i puszki z tytoniem, stały równiutko małe pudełeczka ze złowrogim napisem „Herbapol". Nawet pudełko krakersów zniknęło. Fakt, emulgatorów i konserwantów miały więcej niż mąki, ale były smaczne.

Zatrzasnął szafkę i podszedł do lodówki. Pełen obaw otwarł ją powoli.

- Gdzie moje golonka? - powiedział beznamiętnie Franc, który jakiś czas temu powrócił do diety opartej na cudzym białku.

- Cholesterol. Tak samo, jak w jajkach. A pasztetowa była przeterminowana.

- Sam jesteś przeterminowany. Ale starego jogurtu to już nie posprzątałeś.

- Wywaliłem go. To zielone to rzeżucha.

Faktycznie, cała lodówka była dokumentnie wysprzątana z rzeczy jadalnych dla jej właściciela. W zamian było w niej mnóstwo zieleniny, owoców i nie wiedzieć czemu paprykarza szczecińskiego.

- To dla łatwiejszego przestawienia się na zdrową dietę. Przez jakiś czas będziesz mógł go jeść.

Franc zamknął lodówkę. - Nienawidzę paprykarza. Szczecińskiego. - Wszystko się w nim gotowało. Popatrzył na swego dozorcę i zrozumiał, że to nie przelewki. Jeśli czegoś nie wymyśli, to przyjdzie mu sczeznąć o suchym pysku, bez fajek i zielska. Ale za to zdrowo. Musi coś wymyślić, ale najpierw się uspokoi.

- Ty... jak ci tam...

- Grameniusz.

- No, słuchaj, Grameniusz. Kto właściwie... Komu zawdzięczam tak profesjonalną ochronę? Znaczy, kto cię na mnie nasłał? Ten jak mu tam... Weles?

- Uchowaj Wszechmocny! - Anioł przybladł lekko. - Skąd! On by nigdy... - Opanował się i dokończył: - to zlecenie dostałem podobno na życzenie samego Wszechmocnego. Pewnie jesteś Bardzo cenny w oczach Pana.

Grameniusz sam był zdziwiony, kiedy powiedział to ostatnie zdanie. Ten człowiek nie wyglądał żadną miarą na kogoś cennego. Ale cóż, niezbadane są zamysły Boga.

- Czyli jesteś tu na rozkaz Jehowaha, czy jak go tam zwiecie?

- Tak, Jego Światłości Jehowaha.

Franciszek zamyślił się. Nie wiele wiedział, co się w zaświatach wyprawia. Nie wiele wiedział o swojej w tym wszystkim roli. Ale wiedział, że musi uwolnić się od tego skrzydlatego gestapowca. W jego głowie powstawał powolutku plan. Wyrafinowany i wręcz szatański. Podszedł bliżej stojącego cały czas w tym samym miejscu anioła.

- Słuchaj, - zaczął. - Znamy się pół godziny, a już mnie wkurzasz. Proponuję, żebyś zabrał swoją opierzoną dupę i znikł z mojej chaty. I mojego życia jako całości. Dobrze?

Anioł Stróż rozłożył bezradnie ręce i skrzydła. - Nie mogę, wykonuję tylko rozkazy. Będzie dobrze, zobaczysz. Wielu ludzi dałoby wszystko, żeby być pod taką dobrą opieką. Wszyscy...

Franc nie dał mu dokończyć. - Spadaj albo ci przypierdolę. - Wyrafinowany i wręcz szatański plan zbliżał się do wielkiego finału. Franc modlił się, aby zadziałał. - Znaczy, obiję ci pysk. Rozumiesz?

Grameniusz z politowaniem popatrzył z czerwonego ze złości Franca.

- Jestem istotą eteryczną, więc nie możesz...

Nie dokończył jednak, gdyż przeleciał przez kuchnię i ogłuszony zaległ pod stołem z Ikei. Parę pojedynczych piórek tańczyło jeszcze w powietrzu, kiedy nad leżącym stanął Franc.

- Jako istotę eteryczną, nie powinienem cię także widzieć.

 

Usiadł za blatem sekretarzyka. Jednak zanim zaczął pisać, przyjrzał się jej uważnie. Jeszcze nigdy ją taką nie widział. Spięta, stanowcza i zdenerwowana. Nie znał takiej Lusiferii.

*

Kiedy odźwierny odszedł, zabierając ze sobą list, Lusiferia usiadła obok Jehowaha. Patrzyli w milczeniu na odchodzącą, skrzydlatą postać, a gdy ta zniknęła w drzwiach holu, powiedziała:

Widzisz, ja wiem gdzie byli Starzy. - Jej wzrok, skierowany gdzieś przed siebie, splecione na podołku dłonie i lekko drżący głos sugerowały, iż czuje się niepewnie.

Jehowah westchnął. Klepnąwszy dłońmi o kolana, wstał, podszedł do karafki i nalał sobie do pełna. Kiedy wrócił, usiadł blisko Lusi. Spojrzał na nią dziwnie, odgarnął ciemny kosmyk z jej twarzy i ze spokojem rzekł:

- Chyba zanosi się na dłuższą rozmowę. Ty wiesz, co się dzieje, prawda?

- Tak. - Jej wzrok dalej był utkwiony w porastającym kolumny bluszczu. - I chyba przyszedł czas, abyś też wiedział.

Po raz pierwszy od czasu odejścia cherubina, spojrzała na siedzącego obok Jehowaha.

- Jeh, wiesz, od kiedy jestem w departamencie?

- Od dawna. - Zamyślił się, po czym dodał: - Dłużej niż ja.

- Od początku. - sprecyzowała Lusi. - Byłam tu w momencie, gdy Stwórca uruchomił projekt. Dłużej niż wielu Starszych. Jestem jedną z tych, którzy kształtowali ziemię tak, aby mogła spełnić warunki potrzebna dla powodzenia Jego zamysłu.

- Skąd mamy wiedzieć, jaki ów zamysł był? - odparł Jehowah. - Niezbadane są jego myśli.

- Mylisz się, ja wiem, jaki był plan. I Weles go zna... I inni. - Lusiferia popatrzyła na kochanka, jakby ten był dzieckiem. Dzieckiem, które właśnie dojrzało, by poznać część tej wiedzy, która dorośli mają za oczywistość. - Plan polegał na stworzeniu warunków, takich warunków, które mogą sprzyjać powstaniu życia. I na zasianiu tegoż życia w najprostszej, prymitywnej formie. Mieliśmy sprawdzić, co z tego wyniknie. Jak potoczy się ewolucja. Tyle tylko, że gdy Stwórca stworzył ziemię, nikt nie tchnął w nią życia. Ale ono powstało.

- Więc... Ludzie, zwierzęta i wszystko, co jest na ziemi...

- ...powstało samo. Bez naszej pomocy – Dokończyła.

- Ale dlaczego nie tchnięto...

Lusi opuściła wzrok. - Jeh, uwierz mi, teraz to nie istotne. Z długo by tłumaczyć, a nie mamy czasu.

Zapadła chwila milczenia. Jehowah nie mógł uwierzyć. Zawsze myślał, że na ziemi, tak jak w innych światach, życie było przyniesione z zewnątrz. Przez ingerencję zaświatów.

Lusiferia dotknęła jego dłoni.

- Wiesz, że każda istota inteligentna, od tych poczynając, którzy służą przy samym Stwórcy, poprzez nas, a kończąc na niezliczonych rozumnych rasach w całym wszechświecie, są nam podobni. Ludzie mają na to nazwę: Humanoidalni. Do czasu powstania ludzi na ziemi myślano, iż to reguła narzucona odgórnie. Ale okazuje się, że nawet bez naszej interwencji, rozumne istoty przyjmują nasza formę.

- Ale co to ma do rzeczy? - Wszechwiedzący zaczął się lekko niecierpliwić.

- Ano ma. - Wstała i zaczęła nerwowo przechadzać się po altanie. - Pomyśl, skoro nie są stworzeni przez nas, to tak naprawdę nie są nam podlegli... ergo...

- Są nam równi? - Jehowah sam nie wierzył w to, co mówią jego usta.

- Gorzej – Lusiferia stanęła i popatrzyła w mu w oczy. - Jeśli stwórca to odkryje, to mogą się stać w jego mniemaniu nawet czymś lepszym niż my.

- To on o niczym nie wie? - wszechmocny aż podniósł się z sofy. - To w takim razie skąd ty to wiesz?!

- Ja, - Lusi opuściła wzrok. - to ja miałam zasiać życie. Ale tego nie zrobiłam. Tylko ja wiem...

- A inni Starzy?

- Nie wiedzieli. Ale mogli poznać prawdę. Więc... musiałam ich usunąć.

Jehowah usiadł z powrotem na swym miejscu. Przez chwilę patrzył na kochankę jak gdyby pierwszy raz ją widział.

- Ty ich usunęłaś. - Padło stwierdzenie raczej niż pytanie. - Jak?

- To nie było takie trudne. _ Blady cień uśmiechu zagościł w kącikach jej warg. - Wpierw znalazłam odpowiednie miejsce. Pusty, zimny świat. Jeden z niezliczonych, porzuconych projektów Stwórcy. Idealne miejsce na zsyłkę. Potem starczyło po kolei ich tam... wysyłać.

- Jak to wysyłać?

- To proste. Często samotnie wyprawiali się szlajać po ziemi. Co jakiś czas, przenosiłam się tam także. Potem starczyło ich zgłuszyć na moment i... wysłać na miejsce zsyłki. Wiem, że szybko dochodzili tam do siebie, ale nie wiedząc, gdzie są, nie mogli wrócić.

- Ale dlaczego z ziemi? Dlaczego nie stąd?

Lusiferia parsknęła. - Pomyśl przez chwilę. - Kiedy zauważyła, że z myśleniem u Jehowaha raczej nie tęgo, kontynuowała – Gdyby znikali w zaświatach, szybko wzbudziłoby to podejrzenia. A kiedy ruszali na ziemie, zdarzało się, że nie wracali bardzo długo. Wszyscy byli do takich zniknięć przyzwyczajeni. To po primo. Secundo zaś zadecydowały względy techniczne, że tak się wyrażę.

Jehowah sprawiał wrażenie, jakby bardzo powoli docierało do niego to, co słyszy. Lusi siadła koło niego i zaczęła tłumaczyć.

- Jeśli podróżujemy między światami, musimy wrócić zawsze w to miejsce, skąd wyruszyliśmy. Prawda?

- Oczywiście.

- A jeśli chcemy coś, lub kogoś ściągnąć z innego wymiaru to...

- Musimy zrobić to z miejsca, z którego ten ktoś został wysłany! - Jehowah klepnął dłońmi w kolana. Zadowolony jak uczniak, który rozwiązał zagadkę. - A na ziemi nie ma nikogo, kto wiedziałby, gdzie wysłałaś Starych. Ba, nie wiedziałby, że w ogóle zostali wysłani. Nie mówiąc już o tym, że nie było tam nikogo, kto mógłby ich z powrotem sprowadzić! Kapitalne!

Lusiferia zrobiła gest dłonią, jakby chciała powstrzymać entuzjazm Wszechmocnego.

- Widzisz, z tym ostatnim to nie do końca jest tak.

- Jak to?

- Przez stulecia, udało mi się w ten sposób unieszkodliwić prawie wszystkich Starszych. Prawie. Mokosza, Thor i Odyn, zniknęli sami.

- Jak to „sami"?

- Jak to? Ano, tak to! - Lekka irytacja pojawiła się głosie Lusiferii. - Pewnie zauważyli, że coś jest nie tak, i przepadli jak kamień w wodę. Nie było ich ani na ziemi, ani w naszym departamencie. Szukałam także w innych, ale bez rezultatu. Zapadli się po prostu.

Wstała, nerwowo przemierzając altanę z jednego końca na drugi. Kiedy dotarła do stolika z karafkami, pożądliwie spojrzała na szkło wypełnione kolorowymi trunkami. Koniuszkiem języka oblizała wargi. Przemogła się jednak i kontynuowała.

- A od prawie milenium, zaczęły pojawiać się anomalie. Ktoś powiązał mentalnie niektórych ludzi z jednym ze Starszych. Z Welesem. Prawdopodobnie miał nadzieję, że w sprzyjających okolicznościach, taki człowiek sprowadzi go z powrotem na ziemię. A żeby ich zabezpieczyć, nałożył formułę ochronną. Owo „homo alieni" właśnie. Wiedział, że ten, kto pozbył się Starszych, będzie starał się pozbyć również tych ludzi.

- No i chyba się mu udało. - skrzywił się Jehowah.

- Ale jak to możliwe? Ta ostatnia anomalia nie miała wystarczająco dużo czasu, by więź umocniła się na tyle, by sprowadzić go na ziemię.

- Może jest paru takich ludzi? Może ten, o którym mówił Marny, nie jest sam? - Rzucił przypuszczenie Jehowah.

- Niemożliwe. Po pierwsze wiedziałabym. Po drugie, żeby stworzyć taki ludzki „przekaźnik" trzeba wiele wysiłku. Dlatego przez ostatnie milenium było ich zaledwie kilkunastu.

- Czyli „homo alieni iuris", to nie tylko teoretyczna możliwość? Tych kilkunastu byli nimi?

- Tak. Ktoś dodatkowo nałożył na nich tę regułę, ale na szczęście nie zdała się na nic. - Popatrzyła na niego uważnie. - Wiesz? Może jednak się trochę napiję. I ruszyła w kierunku karafki. Szybko.

Wszechmocny chciał zaoponować, ale w końcu machnął ręką. - Niech jej będzie. Najwyżej znowu zdemoluje salon. - pomyślał.

Szybki jeden głębszy, dawnymi czasy nie robił na Lusiferii raczej wrażenia. Teraz jednak, aż ją skrzywiło. Otarła usta wierzchem dłoni, wciągnęła powietrze i zasyczała:

- Żesz, kur... Jeh, co to było?

Jehowah uniósł się lekko z sofy, spojrzał na etykietę butelki i odparł:

- To? Balsam Pomorski. Ktoś mi ostatnio z ziemi przywiózł.

- No to na druga nóżkę. - Powiedziała, nalewając solidny kryształowy pucharek. Podkładając smukłą dłoń pod podbródek, jednym szybkim ruchem przyswoiła całą zawartość naczynia. Kształtne, alabastrowe ramiona Bogini przeszył dreszcz. Wydmuchując powietrze, rozejrzała się za zakąską. Kiedy nie znalazła, machnęła tylko dłonią i wróciła na sofę. To, co kiedyś było pełnym zero siedem Balsamu pomorskiego, dotrzymało jej towarzystwa.

Jehowah z dezaprobatą potrząsnął głową, ale nic nie powiedział. Pewnie jutro trzeba będzie zarządzić wymianę wykładziny.

- Więc na czym myśmy to skończyli? Aha, na szczęście protekcja tej formuły, na nic się zdała. Wszyscy zakończyli żywot, zanim udało im się sprowadzić starego capa.

- „Oho! Wulgaryzmy". - pomyślał Jehowah. - „Będzie się dzisiaj działo..."

- Zlikwidowałaś ich? - Dodał już na głos.

- Jak? Przecież mieli nałożona ochronkę. Ile razy wysyłałam egzekutorów, ci wracali z niczym. Na szczęście, ci durnie wiedli dość intensywne życie. To, czego nie mogli zrobić egzekutorzy, spotykało ich z przyczyn naturalnych.

- A próbowałaś zdarzeń o charakterze ogólnym? No wiesz... Trzęsienia ziemi, wulkany... - Spytał, mając w pamięci Rufusowy plan z asteroidą.

- To nie działa. Wystarczy, że choć w minimalnym stopniu zaingeruje ktoś z zaświatów, już aktywuje się formuła „homo alieni iuris". Ale jak już wspomniałam, sami przyśpieszali swój los. Prowadząc bardzo ry... ryzykowne życie. - Powoli język Lusi stawał się ciut bełkotliwy, a pojedyncze łyki z butelki wcale nie pomagały wyrażać się płynniej.

- Skoro plan Rufusa nie mógł się powieść, to dlaczego z takim pośpiechem kazałaś mu się wstrzymać?

Lusiferia miała już poważne problemy ze skoncentrowaniem wzroku na Jehowahu, jednak udało jej się dwa razy poklepać po Boskiej twarzy.

- Jeh, Jehu... Jak ty ssłabo trybisz, wiesz? - jej głos stał się ciut piskliwy. - Nie chozi o to sze coś mu, ten twój Rufus może... Chozi o to... że ta nasza ano... anomalia... No, żeby sama sobie czegoś nie zrobiła. Bo z tego, co wiem, prowadzi bardzo niehi... niehigieniczny żywot... No wiesz... Pijak. - Dodała z dziwnym wyrzutem.

- Ale, po co go chronić?

- Jeszcze nie wiem... ale tak sobie myś...myślę, wiesz... ten człek, on mosze mieć dla nas jesze znaczenie...

- Powinnaś na dzisiaj przestać – Głos Jehowaha przybrał na stanowczości, a ręka powędrowała ku prawie pustej butelce.

Lusiferia w obronnym geście przytuliła naczynie do jędrnych piersi. Jak lwica broniąca potomstwa.

- Jehu... Kochany, - zatrzepotała długimi rzęsami – Nis mi nie ma...naprawdę... nis...

- Nic ci nie ma? Upiłaś się. Wiesz, że potem potrafisz być bardzo nieprzyjemna.

- Jehu... nie pierdol.... - Potwierdzenie słów Wszechmocnego ziściło się szybciej, niż przypuszczał. - Masz jesze tego balsama?

- Absentem laedit, qui cum ebrio litigat – westchnął pod nosem i pokręcił głową.

 

Inspektorius Rufus stał w drzwiach swego gabinetu i wpatrywał się w trzymaną w ręku kopertę. Czysty, pozbawiony wszelakich, zwyczajnych w urzędniczej korespondencji adnotacji i numerków prostokąt pergaminu, spowodował, iż na skroniach Inspektoriusa wystąpiły krople potu. Wiedział, od kogo jest ów list. Mówiła o tym tylko jedna, mała pieczęć umieszczona dokładnie na środku. I cztery literki na niej. IWHW.

Przełknął ślinę i podszedł do swego biurka. Przed oczyma widział twarz Wszechmocnego, a w uszach brzmiał jego głos: „Więc widzicie, Rufus, ten osobnik to jakaś anomalia. Powinniście coś z nią zrobić. Niczego nie sugeruję... sami wiecie...".

Rufus nie zrobił tego, czego od niego oczekiwano. I na nic zdadzą się tłumaczenia, że próbował. Trzy razy próbował pozbyć się tego... jak mu tam... Franca.

Kiedy odwołał tą pędzącą asteroidę, miał nadzieję, że nie będzie konsekwencji gorszych, niż zapowiedziana przez Dżordża kontrola. Wszak Wszechmocny sprawiał wrażenie, że nie jest to jakaś istotna sprawa. Jednak mylił się jak widać, a teraz będzie musiał się jakoś wytłumaczyć.

Nie. Tłumaczenia na nic się zdadzą. Pewnie to ostatnie pismo, które otwiera jako przełożony Świętego Kolegium. Jako Inspektorius. Od jutra, z pewnością będzie spędzał czas, ostrząc ołówki i roznosząc papier w jakimś zapyziałym referacie. O ile Jehowah będzie wyrozumiały.

Zrezygnowany westchnął i rozerwał kopertę. Jednak w miarę czytania, ponure myśli, które jeszcze przed chwilą kotłowały się w jego głowie, ustępowały uczuciu ulgi. Jehowah żądał przerwania operacji zlikwidowania obiektu numer 66072306171. A w razie, gdyby likwidacja już się odbyła, zaprzestania jakichkolwiek działań związanych z tą sprawą. Jeśli obiekt jednakowoż żyw byłby jeszcze, należy otoczyć go jak najlepszą ochroną.

- Gloriam, gloriam in excelsis! - Prawie krzyknął Rufus. Odetchnął i poczuł spadający mu z ramion ciężar. Trzęsącymi się jeszcze dłońmi, nalał sobie pokaźny puchar, i wychylił go jednym haustem. Podszedł do biurka, wyjął z szuflady pergamin i zaczął pisać.

„Jego Światłość Jehowah, Potissimus Praefectura Terrenus, etc., etc.

Uniżenie donoszę, że polecenie Jego Ekscelencji zostanie wykonane. Osobnik numer 66072301171 pozostanie niepokojony przez Święte Kolegium, oraz..."

- Zaraz. Moment. - Odłożył pióro i zastanowił się, gdyż przyszła mu do głowy pewna myśl. Dlaczego, by nie ugrać coś przy okazji? Zmiął pergamin, wrzucił do stojącego obok kosza i zaczął jeszcze raz:

„Jego Światłość Jehowah, Potissimus Praefectura Terrenus, etc., etc.

Uniżenie donoszę, że poprzednie polecenie Jego Ekscelencji zostało, mimo wielu trudności, skierowane do realizacji. Jednakowoż, skoro taka jest wola Waszej Miłości, zrobię wszystko, aby uruchomiona procedura została natychmiast przerwana. Będzie to z pewnością trudnym zadaniem, gdyż z uwagi na delikatną naturę polecenia Waszej Ekscelencji, musiałem pchnąć sprawy trybem nieformalnym. Jednak jestem przekonany, iż odwołanie czynności uda się zrealizować. Kiedy to nastąpi, śmiertelnik ów zostanie otoczony szczególną pieczą i troską, do chwili kiedy Jego Światłość nie zadecyduje inaczej.

Uniżony sługa.

Inspektorius Rufus. „

- Tak, - Popatrzył na schnący w reku pergamin. - Lepiej, aby wyglądało na to, że Jego polecenie było w trakcie realizacji. Że kosztowało mnie trochę trudu, aby je odwołać. - Chytry uśmieszek wykwitł na Rufusowych wargach.

Podszedł do drzwi sekretariatu, i wezwał swego kancelistę.

- Zanieś to do Jego Światłości. Osobiście i natychmiast. Aha, kiedy będziesz wracał, przyprowadź Stróża.

- Którego?

- Najlepszego. - Rufus popatrzył gdzieś w przestrzeń, jak gdyby coś sobie przypominał. - Najlepszego. - Powtórzył.

*

Franc opuścił Bellmer Cafe, a na dworze po ulewie nie było już śladu. No, może poza paru kałużami, w których odbijało się błękitne, czyste niebo.

Kiedy dotarł do domu, zaparzył sobie kubek mocnej kawy i usiadł przy oknie. Z poddasza, na którym mieszkał, roztaczał się całkiem przyjemny widok na dachy sąsiednich kamienic. Kawałek ulicy Sokolskiej, która jeszcze parę miesięcy temu była widoczna jak na dłoni, teraz zasłaniała budowa nowej siedziby Filharmonii Śląskiej. Robotnicy, korzystając z poprawy pogody, uwijali się przy jakichś prętach, które wiązane w pęczki, miały stanowić szkielet powstającej budowli. Co ciekawe, że za pomocą tylko trzech słów i zwrotów, potrafili tak koordynować pracę, że dość skomplikowana konstrukcja, powstawała bez większych problemów. „Kurwa", „Chuju" i „Ja pierdole", dobiegające co rusz do uszu Franciszka, starczało za cała nomenklaturę budowlano – konstrukcyjną.

Jeden z mieszkających w tym samym lokalu futrzaków, imieniem Lalalilalu, wskoczył na kolana Franca, i głośnym mruczeniem zaczął domagać się pieszczot. Pogłaskany, zeskoczył po chwili, i stanąwszy przy drzwiach, kontynuował głośne miauczenie.

- Chcesz wyjść? - Zapytał Franciszek. - Dobra, też chętnie się przewietrzę. - Zabrał kubek niedopitej kawy, zapalniczkę i fajki, po czym wyszedł na klatkę schodową.

Lalalilalu, przyzwyczajona do spacerów, zaczęła ocierać się o stojącą opodal drzwi drabinę. To jedyny kot, ze wszystkich, które z Franciszkiem mieszkały, który był zabierany na dach. Reszta albo nie chciała, albo miała zbyt niefrasobliwe podejście do wysokości. Franc podstawił drabinę pod prowadzącą na dach klapę, i rozpoczął wspinaczkę.

Kiedy był w mniej więcej połowie drogi, pośliznął się i zjechał na dół. Wysokość nie była wielka, więc odbyło się bez kontuzji. Drugie i trzecie podejście do drabiny skończyło się tak samo. Czwarte również.

- Ki chuj? - To pytanie, skierowane do kota, pozostało jednak bez odpowiedzi.

Franc, już miał podjąć kolejną próbę dostania się na dach, gdy kątem oka dostrzegł w cieniu półpiętra, niezauważoną wcześniej postać.

- A ty kto? - Puścił drabinę i podszedł do skraju schodów.

Postać rozejrzała się w dwie strony, jakby szukała adresata rzuconego przed chwilą pytania.

- Ty. O ciebie chodzi.

Nieznajomy ze zdziwieniem popatrzył na stojącego, pół piętra wyżej Franca.

- Ty... Ty mnie widzisz?

- Nie, kurde... tak se nawijam do ściany. - Przypatrzył mu się uważniej. Po chwili zaczął mieć pewne podejrzenia co do tego, kim owa postać była.

- Anioł?

- Tak... A skąd wiesz?

Franc, zrezygnowany westchnął. - Bo masz, kuźwa skrzydła. I aureolę.

 

Po skończonej naradzie, Jehowah także opuścił swój gabinet. Musiał zebrać myśli i zastanowić się nad dalszymi krokami. A najlepiej myśli mu się w swych prywatnych komnatach. Ostatnie wydarzenia mogły zniweczyć to, co z takim zapałem tworzył przez tak długi czas. Sam Weles był wystarczającym problemem, a co będzie, gdy wrócą pozostali? Musi, koniecznie musi wiedzieć, czy taka możliwość jest realna.

Tylko czy jego służby potrafią zdobyć potrzebne informacje? Coraz bardziej w to wątpił. Jeśli wszystko się ułoży, będzie musiał dokonać wielu personalnych zmian. Tak, z pewnością zmiana na czele bezpieki będzie nieodzowna. Ale to dopiero pieśń przyszłości. Nie może sobie teraz pozwolić nawet na najmniejszą dezorganizację w podległych sobie komórkach.

Prywatne komnaty Wszechmocnego, położone były dla wygody nieopodal miejsca, gdzie zazwyczaj pracował. Po niedługim czasie od opuszczenia gabinetu, dotarł do niewielkiego skweru, by po chwili przekroczyć wrota pseudo renesansowego pałacyku. Odprawił skinieniem dłoni odźwiernego cherubina i udał się w kierunku atrium. Zanim jednak opuścił hol, odwrócił się i rzekł do odchodzącego:

- Nie ma mnie dla nikogo. Nie przeszkadzaj mi do wieczora. Aha, i zwolnij resztę służby. Dzisiaj mają wolne.

Cherubin z godnością, właściwą wszystkim lokajom wszystkich światów, skinął lekko głową i odszedł.

Kiedy Jehowah przekroczył próg atrium, zatrzymał się i zrobił głęboki wdech. Świeże, nasycone ozonem i zapachem kwiatów powietrze, mile wdarło się w jego nozdrza. Musi uspokoić się i opracować dalszy plan działania. Parę godzin w zaciszu swego ulubionego ogrodu, z pewnością pozwoli mu coś wymyślić. Ruszył w kierunku stojącej w kącie, obrośniętej bluszczem altany o marmurowych kolumnach. Szedł tak chwilę, ułożoną z mozaiki ścieżką, a gdy dotarł do stojącej na środku ogrodu fontanny, zatrzymał się. Nieopodal, przy kępie rosnących storczyków, pochylała się niewieścia postać. Jej smukłe, białe dłonie dotykały nierozwiniętych pączków kwiatów, a te, w mgnieniu oka rozwijały się, by ukazać światu swe nieskalane piękno.

- Lusi. - Po raz pierwszy tego dnia, w głosie Wszechmocnego słychać było miękkość i czułość.

Wezwana przerwała swą pracę, wyprostowała się i odwróciła w kierunku gospodarza. Stała tak przez chwilę, jasnooka piękność o kruczoczarnych, opadających na odsłonięte ramiona włosach. Owalny nimb nad jej głową jarzył się spokojnym, złotym blaskiem. Podeszła, podpłynęła właściwie do Jehowaha, objęła go w pasie. Przytuliła.

- Jesteś już, kochany.

Wyswobodził się po chwili z uścisku, i przytrzymując ją za nadgarstki, odsunął delikatnie od siebie. Popatrzył jej w twarz i uśmiechnął się czule.

- Wykończony jestem. - Rzekł - Paskudny dzień dzisiaj miałem. Chodź, usiądziemy.

Kiedy dotarli do altany, nalał sobie solidny puchar ambrozji, i rozwalił się na wielkiej barokowej sofie. Nie zaproponował swej towarzyszce napoju. Lusi dawniej miała problemy z ambrozją. Na szczęście, od jakichś czterystu lat, potrafi unikać wszelkich wyskokowych napojów. Jej silna wola była jedną z tych cech, które Wszechmocny bardzo sobie cenił.

- Problemy? - Spytała, kiedy usadowiła się obok.

- No. I to nie liche. - Odparł.

- Weles?

- Skąd wiesz? - Jehowah był ciut zaskoczony.

- Plotki bardzo szybko się roznoszą, kochany. - Dziwny uśmiech przemknął przez jej oblicze. - Cały Twój wydział aż huczy. Zresztą, dotarło to nawet na Geologię.

- Nic to, nie martw się. Coś wymyślę. - Powiedział pewnym głosem Jehowah. Ale pewny całkiem nie był.

Lusi wstała, poprawiła długą suknię, i podeszła do wiszącej w oknie altany klatki. Otwarła ażurowe drzwiczki, a kiedy wsunęła do środka dłoń, śnieżnobiały ptak sfrunął z drewnianej żerdzi i usiadł na niej. Wyjęła go i w milczeniu pogłaskała po główce. Zagruchał, i przymknął trzecie oko umieszczone dokładnie na środku czoła. Po chwili umieściła swego ulubieńca z powrotem w klatce, wzięła garść zboża, i sypiąc je siedzącym za drewnianymi prętami synogarlicom, powiedziała:

- Wiesz... Marny, znaczy Aliquantulus, także coś knuje. - Zajęta ptactwem nie spojrzała na Jehowaha.

Ten wyraźnie się zaciekawił.

- Skąd wiesz?

- Wiem. - Popatrzyła na niego jakby z jednej strony, chciała coś mu powiedzieć, a z drugiej obawiała się tego wyznania. - Mam swojego informatora w kancelarii Duxów. To ich sekretarz, młody, ale ambitny. - dodała po chwili.

- Wiesz, co knuje?

- Rozmawiali ze swym podwładnym o... pewnym śmiertelniku. Ponoć jeden z Twych urzędników dał na niego zlecenie. Niestety, posłany tam egzekutor nie wywiązał się. - Mówiła powoli, ważąc słowa. - Ponoć byli ciekawi, dlaczego interesujesz się tym człowiekiem. - Popatrzyła bacznie na Wszechwiedzącego. - Bo to ty kazałeś go usunąć? Prawda?

- A, ten. Tak. Sam nie wiem dlaczego, ale kazałem. - Teraz Jehowah uważnie spojrzał na swą towarzyszkę. Ta odwróciła się szybko i wróciła do karmienia ptaków.

- A dlaczego wiążesz tego człowieka z faktem, że Marny spiskuje? - Jego dociekliwe spojrzenie wwiercało się w kształtne plecy Lusi. - Zresztą, sprawa tego śmiertelnego już jest załatwiona.

- Czyżby? – Odpowiedziała pytaniem, nie przerywając sypania ziarna. - Skoro egzekutor nie dał rady, to ten człowiek jest... no wiesz...

- Homo alieni iuris? - przypuszczenie rozbawiło Jehowaha. - Daj spokój, To tylko teoretyczna możliwość.

- Na pewno? Dlaczego zatem egzekutor nie mógł go zabić?

- A bo ja wiem? - powiedział Wszechwiedzący. - Widać kompetencje tych łapiduchów, są mocno przereklamowane. Zresztą, nawet gdyby był tą anomalią, to i tak jest już po sprawie.

- Co przez to rozumiesz? - Tym razem odwróciła się i spojrzała w jego oczy.

- Nie przypuszczasz, chyba że zlecając komuś ważną dla mnie pracę, nie trzymam kontroli nad tym, co się dzieje? - Jehowah podszedł do karafki z ambrozją. - Rufus okazał się zręcznym urzędnikiem. Skądinąd wiem, że gdy egzekutor nie dał rady, ten nakłonił Enocha, wiesz, tego dziwaka, aby zrobił małe bum. Jako zdarzenie o charakterze ogólnym, reguła ochrony nie miałaby zastosowania.

- A czy było jakieś „bum"? Bo ja nie odnotowałam. - Dziwnie szybko odpowiedziała wyraźnie zdenerwowana Lusi – A powinnam wiedzieć, bo w końcu jestem szefową Wydziału Geologii.

- Nie wiem – odparł, nalewając sobie kolejny puchar. Zamyślił się. - No, chyba faktycznie jeszcze nie było... Ale z pewnością to kwestia niedługiego...

- Wiesz, - przerwała mu Lusi, - myślę, że to było zbyt pochopne.

- Co?

- Likwidacja tego człowieka – powiedziała, idąc szybko w kierunku stojącego w kącie sekretarzyka. Wzięła pergamin, inkaust i pióro. - Przywołaj kogoś, kto zaniesie list do tego Rufusa. Musi koniecznie przerwać to Twoje „bum".

Wszechmocny był zdziwiony, ale wykonał to, o co prosiła. Jednak nie zamierzał trwać w nieświadomości tego, co się dzieje.

- Ale o co ci chodzi? Co ten człowiek ma do rzeczy?

Westchnęła. - Widać muszę ci parę spraw wyjaśnić. Ale teraz nie ma czasu. Pisz, ja podyktuję. Potem wszystko ci opowiem. - Podała mu arkusz i pióro.

Wziął i usiadł za blatem sekretarzyka. Jednak zanim zaczął pisać, przyjrzał się jej uważnie. Jeszcze nigdy ją taką nie widział. Spięta, stanowcza i zdenerwowana. Nie znał takiej Lusiferii.

 

Kurwa. - Westchnął Franc. - A po blancie miało być już tylko fajnie....

*

- Co znowu? - Franc wypuścił kłąb dymu i popatrzył na anioła.

- Nie tutaj – Andżelus rozejrzał się po zalanej deszczem ulicy, którą przebiegali nieliczni, uciekający przed ulewą przechodnie. - Chodźmy gdzieś. Może do Schronu?

- Za daleko, poza tym, w przeciwieństwie do ciebie będę mokry jak szczur, zanim dojdziemy. - Odparł Franciszek. - Wejdźmy tutaj. - I skierował się z powrotem do knajpki pod teatrem. W drzwiach, zgasił niedokończonego blanta, schował niedopałek do kieszeni i przepuścił Andżelusa.

Przeszli hol, zeszli wąskimi schodami, a po chwili anioł zajął wskazane mu miejsce w odległym końcu salki.

- Chcesz piwo? - Franc niewerbalnie zwrócił się do przybysza.

Ten energicznie potrząsnął głową. - Nie. Nie piję więcej. I zero jarania, dosyć namieszałem. - Wspomnienie zdarzeń spowodowanych jednym machem Francowego wynalazku, wywołało nieprzyjemny dreszcz u nasady skrzydeł.

Franciszek wzruszył tylko ramionami i ruszył do baru. Tokująca parka na kanapie przerwała umizgi i przyglądała mu się w milczeniu. Widocznie panna zdążyła już naskarżyć na jego niegrzeczne zachowanie. Amant w sweterku w serek wykonał ruch, jakby chciał wstać i wyjaśnić Francowi, co myśli o jego niedawnym chamstwie, jednak w ostatniej chwili zrezygnował. Być może powodem była mina mijającego go Franciszka, która to mina mówiła, iż ten ostatni ma nieprzepartą chęć przypierdolenia. Komukolwiek. Zawisł więc młodzieniec z dupą uniesioną dwadzieścia centymetrów nad siedzeniem, i trwał tak przez chwilkę. Kiedy Franc dotarł już do baru, parka zdecydowała się opuścić Bellmer Cafe. Pijak i anioł zostali sami.

- Dobra, o co chodzi tym razem? - Spytał, kiedy dotarł do stolika z butelką Raciborskiego.

- Pamiętasz, kiedy ostatni raz się widzieliśmy?

- Coś jak przez mgłę. Ciut wstawiony byłem. - Odpowiedź, która padła nie była zaskoczeniem dla Andżelusa. Westchnął, pokiwał głowa i rzekł:

- Cholera, Franc, te twoje dziury w mózgu są wkurzające.

- Jak dla kogo. Zapewniam Cię, że mają także swoje dobre strony. - Odparł zupełnie nieurażony Franciszek, i zrobił solidny łyk piwa. - Co nawywijałem?

- Ty właściwie nic. To raczej ja. - Przyznał anioł. - Ale z twojej winy. - Dodał.

- A! To! Coś sobie przypominam. - Franc doznał czegoś na kształt olśnienia. - Zjarałeś się i zaprosiłeś kumpla. Całkiem miły gość, z tego, co kojarzę.

- Po pierwsze nie zjarałem się. To był jeden sztach. Po drugie, to nie był mój kumpel, a po trzecie wcale nie miałem zamiaru go zapraszać. - Wyliczył poirytowany Andżelus.

- To, kto to był? - Zainteresowanie pytającego było autentyczne.

- No dobra, - Anioł usadowił się wygodniej i kontynuował. - To był Weles, Stary Bóg. Ale zacznę od początku. Dasz rade kojarzyć? - Spytał z sarkastyczną troską w głosie.

- Kurde, jasne. Wyjarałem niecałego jointa tylko. Nawijaj.

- Kiedy się poznaliśmy, a było to ponad pół roku temu, myślałem, że jestem ci przydzielony jako anioł stróż.

- A nie? - Wszedł mu w słowo Franc.

- Nie. Nie przerywaj mi. Okazało się, że nie mam formalnego przydziału, a to, że pojawiam się przy tobie, jest wynikiem jakieś anomalii. Wiesz co to anomalia? - Spytał.

Mina pod tytułem: „Czy masz mnie za idiotę?" Rozwiała jego wszelkie wątpliwości, więc kontynuował.

- W pewnym momencie, ta anomalia została zauważona przez odpowiednie służby. Szef Świętego Kolegium, niejaki Rufus, wezwał mnie i wypytywał o wszystko, co wiem na Twój temat.

- To ten faszysta, który chciał mnie kropnąć?

- Ten sam. Powiedział mi, że trzeba cię usunąć, gdyż stanowisz zagrożenie. - Potwierdził Andżelus.

- Ja? Jakie ja mogę stanowić zagrożenie? Chyba tylko epidemiologiczne. - Dodał, gdyż przypomniał sobie, że jego kurtka od dłuższego czasu nie mogła doprosić się prania. I obwąchał rękaw.

- To nie czas na żarty. Stwarzałeś zagrożenie dla porządku w zaświatach. Oraz sprowadzenia Starszych, co wychodzi na jedno. I jak widać była to realna groźba. Jeden z nich wrócił, i to przez Ciebie. - Anioł zamilkł.

- Przeze mnie? Ty go sprowadziłeś, o ile pamiętam. - Oskarżycielski palec Franca stuknął pierś kumpla.

- Nie bądź naiwny. Ty i to twoje zielsko to zrobiło. - Andżelus popatrzył uważnie na Franciszka. - Możesz być ze mną szczery?

- Ok. Jestem heteroseksualny. - Bez wahania odparł Franc.

- Przestań kpić. Nie jestem w nastroju do żartów. Powiedz mi, czy ktoś chciał, żebyś to zrobił? - Mina Andżelusa wyrażała śmiertelną powagę. - Ktoś nakłonił cię? Zmusił?

- Nie. O ile mi wiadomo nie. - Odparł równie poważnie pytany.

Anioł milcząc, patrzył w piwne oczy Franca przez jakiś czas, po czym powiedział:

- Wierzę ci. Właściwie tylko to chciałem wiedzieć.

Zamyślił się. Siedzieli przez chwilę w milczeniu. On bawiąc się leżąca na stole serwetką, a jego dawny podopieczny pociągając co chwilę z butelki.

- Wiesz, jest jeszcze coś. - Anioł przerwał milczenie. - Myślałem o tym wszystkim ostatnio, i coś mi tu nie pasuje.

- Znaczy?

- My znamy się od mniej więcej paru miesięcy, a Ponury twierdzi, że miał na ciebie zlecenia już od paru lat. Dlaczego więc Rufus, sprawiał wrażenie autentycznie zaskoczonego anomalią, która jesteś?

- Może chodzi o coś innego. Może chcą mnie wykończyć nie z tego powodu, o którym myślimy? - Powiedział Franciszek i dokończył piwo. - Czy Ponurego zawsze wysyła ten Rufus? Jest jego szefem?

- Nieee, skąd! Egzekutorzy są niezależni. Biorą robotę od różnych zleceniodawców. - Andżelus spojrzał z uznaniem na Franca. - Chcesz powiedzieć, że Święte Kolegium poluje na ciebie z mojego powodu, a ktoś inny, od dłuższego czasu z powodu zgoła innego?

- Uhu.

- To może mieć sens! Postaram się szybko czegoś dowiedzieć. Chyba już pójdę.

Wstał, lecz kiedy już miał zniknąć, zawahał się. Wolno usiadł z powrotem naprzeciw Franciszka.

- Franc.

- Co?

- Właśnie coś sobie uświadomiłem. - Popatrzył z uwagą na siedzącego człowieka. - Jeśli rzeczywiście jesteś pionkiem w jakiejś większej grze, to...

- Wiem, pionki zazwyczaj obrywają najbardziej. - Odpowiedział Franc. - Jak chcesz, możemy jeszcze pogadać, ale muszę sobie browca kupić. Daj kasę.

Anioł westchną i zmaterializował dwie dychy. Obdarowany pomaszerował do baru, a po chwili siedział naprzeciw z nową flaszką w dłoni.

- Andżej, - powiedział, kiedy już przełknął pierwszy łyk, - a ten gość, ten, którego sprowadziłeś, może on jest jednym z tych, co bawią się pionkami?

- Weles? Bardzo możliwe. Odkąd wrócił, straszny bajzel się tam, u nas zrobił. Wszyscy gadają tylko o tym.

- On mi wyglądał na gościa w porządku. - Rzucił Franc. - Może trzeba się jego trzymać?

- Żartujesz? - Poważny ton, z jakim to wypowiedział, świadczył o tym, że anioł nawet przez moment nie brał takiej możliwości. - To Starszy! Jeden ze starych bogów, oni to tylko chaos, śmierć i zniszczenie!

Franc, niezrażony sceptycznym podejściem do jego pomysłu, powiedział:

- Z tego, co wiem, to nie było Cię, gdy rządzili tym waszym grajdołem.

- Nie, zacząłem służbę, gdy już dawno władał wydziałem Jehowah. Ale przecież wszyscy u nas wiedzą jak było wcześniej...

- Chłopie, ja tak stary, jak ty nie jestem, ale coś ci powiem. - Kolejny łyk Raciborskiego, i ciągnął dalej. - Tu na ziemi, w kraju, w którym mam zaszczyt cię gościć, była kiedyś wojna. A przed wojną rządziła tak zwana sanacja. To taki rząd. I ten rząd twierdził, że zanim przejął władzę, to było przejebane. Potem była wojna, a po niej władzę przejęli komuniści. I wtedy, ci komuniści twierdzili, że to za sanacji było przejebane, a za nich jest ok. Od dwudziestu lat nie ma komuny. Za to jest demokracja. I zgadnij, jak według obecnych władz było za komuny?

- Przejebane?

- Właśnie! Nie twierdzę, że nie było. Dla normalnego szaraka zawsze jest przejebane. Twierdzę tylko, że nic tak nie legitymuje każdego reżimu, jak opluwanie poprzedniego.

- Może coś w tym jest? - Zastanowił się Andżelus. - Nic, wrócę i zobaczę co i jak. Może masz rację, że trzeba podpiąć się pod Welesa? Jehowah chyba się go obawia, bo w przeciwnym razie nie byłoby takiej paniki na wydziale.

Wstał, a na odchodnym powiedział:

- Franc, zajaraj za dwa dni. Ok? Rano, o świcie. Wtedy powiem ci, czego się dowiedziałem.

Wstał, lecz zanim zniknął, siedzący dalej Franciszek rzekł:

- Dobra, w środę o świcie. A co do pionka...

- Tak?

- Wiesz co to gambit?

- Nie.

Franc westchnął. - A mnie pytałeś czy wiem co to anomalia...

 

No, no... Jak za dawnych czasów... - Zakapturzona postać zrobiła krok w kierunku czekających na atak spiskowców. I powoli zdjęła kaptur.

*

Weles popatrzył na stojącą przed nim niewiastę, a na spiętej jeszcze przed chwilą twarzy, zagościł szczery, promienny uśmiech. Pozostali zareagowali podobnie.

- Mokosza! Dziecinko! - Krowiorogi rozłożył szeroko mocarne ramiona i ruszył w kierunku przybyłej.

Ta podbiegła i po chwili złączyli się w czułym uścisku. Stali tak wtuleni przez chwilę, po czym ta, którą bóg nazwał Mokoszą, odsunęła się nieznacznie, spojrzała raz jeszcze w oczy Welesa i wymierzyła mu siarczysty policzek.

- Gdzieś się szlajał stary capie?!

Zaskoczony takim przywitaniem, rozcierając policzek, wydukał: - No jak to? No... Uwięziony byłem... Boruty spytaj.

Ten ostatni bardzo skwapliwie zaczął potwierdzać to zdarzenie, kiwając rogatym łbem. Mokosza jednak nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi i wrzasnęła:

- Gdzieś był przez te trzydzieści lat PRZED tym, jak cię porwano? No? Gdzie?!

- A... to... - Krowiorogi na gwałt szukał jakiejś w miarę logicznej wymówki. Nie mogąc jednak niczego naprędce wymyślić, zdecydował się nie łgać – No, zasiedziałem się troszkę. Ale...

- Nieważne. - Ucięła. - Zresztą na ten temat pogadamy na osobności. Teraz mamy ważniejsze sprawy.

Obecni przy tej wymianie zdań starali się nie uczestniczyć zbytnio w dyskusji kochanków, więc ostatnie słowa Mokoszy przyjęli z wyraźną ulgą.

Zasiedli na poustawianych znów ławkach i wyczekująco patrzyli na przybyłą boginie deszczu i ziemi.

- Co miałaś na myśli, podając w wątpliwość tezę, że to Dżimi za wszystkim stoi? - Zaczął Połaniec.

- To chyba logiczne – spojrzała na niego z politowaniem. - Kiedy pierwsi z naszych zaczęli znikać?

- Tak naprawdę nie wiadomo, - Rzuciła Isztar. - Ciągle przecież ktoś znikał, by po czasie się pojawić znowu. Nie mieliśmy normowanego czasu pracy.

- No. Ale, o kim wiemy, że naprawdę zniknął jako pierwszy? - Nie dawała za wygraną, Mokosza.

- A skąd mamy wiedzieć? - Isztar zaczynała być poirytowana – Nie było książki wyjść czy grafiku urlopowego. Zresztą ja tutaj niezbyt często ostatnio zaglądałam. - Dodała jakby na usprawiedliwienie.

- Isz ma rację, - dorzucił Połaniec. Ja sam, przez długi czas, kiedy władzę de facto przejął Jehowah, myślałem, że ktoś po prostu wsadził go na zastępstwo. Dopiero po pewnym czasie rozeszły się plotki, że odeszliście na stałe.

- Ja wiem – Odezwał się milczący zazwyczaj, Dux. - Wszystkie oczy skierowały się na niego. - Olimpijczycy zniknęli pierwsi – Wiem, bo raczej nie ruszam dupy z departamentu. Na pewno Atena, Posejdon i Hera. Stary Zeus niedługo po nich. Potem wielu innych, prawie wszyscy. A jako ostatni Quetzalcoatl.

- Skupmy się na początku tej draki. - Mokosza zrobiła pauzę, jakby czekała aż obecni sami wpadną na trop. Kiedy milczenie wszystkich utwierdziło ją w przekonaniu, że nie wpadną, dodała: - A kim był Dżimi, kiedy nastąpiły pierwsze zniknięcia? Nikim.

- Dalej jest nikim! - Burknął Weles.

- Jasne! - Połaniec pierwszy skojarzył, co chciała powiedzieć Mokosza, - Jasne! Przecież nie miał wtedy takiej mocy, aby was przeflancować na... - Szukał odpowiedniego słowa – No właśnie gdzie was poniosło? - Te słowa skierowane były do Welesa, jednak odpowiedział Boruta:

- Na zadupie.

- W rzeczy samej. Zadupie. - Potwierdził ten, do którego skierowane było pytanie.

Weles zrozumiał, że nadszedł czas, aby opowiedzieć o tym, co się jemu i pozostałym przydarzyło. Obecni tutaj od dłuższego już czasu czekali na tę historię, która być może przybliży ich do rozwiązania obecnych problemów.

Siadł wygodnie na blacie biurka i odchrząknął, – Od czego by tu?... Więc tak... Zasiedziałem się przez jakiś czas na ziemi, zresztą to już wiecie – spojrzenie pełne wyrzutu skierowane na Mokoszę nie zdobiło na niej jednak wrażenia. - I mówię sobie: „No stary, trza do dom wracać!". I już to chciałem uczynić, ale pomyślałem, żeby kwiatków dla mej lubej nazrywać...

- Weles, trzymaj jakiś poziom i przestań łgać. – Skrzywiony grymas wybranki jego serca, mówił dosadnie o jej wierze w zapewnienia Krowiorogiego. - Do rzeczy proszę.

- No tak... - kontynuował speszony – No nie wiem kiedy, ale ktoś mnie niespodziewanie zgłuszył. Mocny musiał być, nawet nie wyczułem, że coś mi grozi. Kiedym się ocknął, dalej byłem w lesie. Ale coś było nie tak. Drzewa, krzewy i zwierzaki jakieś takie... Inne. To znaczy wiele z tych rzeczy znajome, ale zdarzało się, że wśród bukowego zagajnika palma stoi. Albo z danielami na jednej łące pasie się zwierzę z zupełnie innego zakątka ziemi. Żyrafa na ten przykład.

- No, Boruta, powiedz czy nie tak było?

- Ano, w rzeczy samej – potwierdził bies.

- Na czym ja to?... Aha, długi czas się błąkałem, sam, jak nie przymierzając, kuśka w portkach, Dopiero po wielu dniach, w jakimś zagajniku spotkałem Borutę. No i on doprowadził mnie do reszty. - Krowiorogi zrobił pauzę, by po chwili dodać: - Zaraz, co będziemy tak o suchym pysku gadać. Boruta daj coś mocniejszego. I zamknij wpierw drzwi.

Bies skoczył na równe nogi, a po zabarykadowaniu drewnianą sztabą wejścia, zmaterializował pokaźnych rozmiarów antałek. Wszyscy z wyraźnym zadowoleniem przyjęli po rogu pełnym złocistego miodu.

Weles zrobił pokaźny łyk, otarł wierzchem dłoni brodę i wrócił do opowieści.

- No, okazało się, że prawie wszyscy są w takiej samej jak ja sytuacji. Niektórzy już od bardzo dawna. Kiedy pierwsi z naszych trafili w to miejsce, nie było tam nic. Pusty, zimny, bez cienia czegokolwiek świat. Z początku kombinowali jak się wydostać, kiedy jednak próby spełzły na niczym, zaczęli się urządzać. Każdy nowy, który po jakimś czasie tam się pojawiał, dokładał coś swojego. Dlatego też, po pewnym czasie miejsce to wyglądało jak zlepek wszelakich znanych nam miejsc.

- A właściwie, dlaczego nie mogliście wrócić? - Połaniec skierował swe słowa do opowiadającego.

Wszyscy popatrzyli na niego z politowaniem.

- Podróżowałeś kiedyś między wymiarami? – Rzuciła Isztar.

- Tylko w obrębie departamentu. A dalej nie. Bo i po co?

- Gdybyś czasem ruszył dupsko z Zaświatów, wiedziałbyś jak to działa. - Tym razem Mokosza podjęła temat. - Kiedy chcesz przelecieć Nieprzestrzeń, musisz znać to miejsce, skąd wyruszasz, i to, dokąd się udajesz. Jeśli nie wiesz, gdzie jesteś...

- ...to jesteś w ciemnej dupie. - Dokończył Weles. - A nikt z nas nie wiedział, gdzie jest. Trafiliśmy tam, kiedy byliśmy solidnie zgłuszeni. Poza tym wrócić można tylko tam, skąd się wyruszyło. Dlatego pewnie wróciłem najpierw na ziemię. Tylko nie wiem, jakim cudem.

- Myślę, że w tej sprawie ja mogę coś wyjaśnić. - Rzuciła z tajemniczym uśmiechem Mokosza. Zebrani popatrzyli na nią z zainteresowaniem. - Kiedy zniknąłeś, - skierowała swe słowa do Krowiorogiego, - zrozumiałam, że dzieje się coś złego. Dość szybko powiązałam to ze zniknięciem pozostałych, oraz z faktem, że ma to coś wspólnego z Ziemią. Dlatego nie pojawiłam się tam od tamtego czasu. Nie chciałam podzielić losu reszty. A tutaj przynajmniej był cień szansy, by sprowadzić was z powrotem.

- Jaka szansa? - Spytała Isztar. - Musiałabyś nakłonić tego, kto ich przerzucił przez Nieprzestrzeń. Lub zmusić.

- Niekoniecznie. Przesyłkę może sprowadzić z powrotem ktoś, kto nie zna miejsca, w której ona jest. A porwani byli wysłani bez swej woli, czyli niejako jak przesyłka. - Odparła Bogini. - Zaszyłam się więc poza departamentem i przygotowałam plan sprowadzenia Welesa. Ze zrozumiałych względów – puściła oczko w kierunku wybranka.

- Rozumowałam tak – skoro zostali przeniesieni z Ziemi, tam też należy podjąć próbę ich sprowadzenia z powrotem. Ja jednak nie mogłam tam się pojawić. Tutaj prawie nikomu nie ufałam. Więc pozostali ludzie. I tak, na przestrzeni tego ostatniego millenium, wielu śmiertelnych lekko... zmodyfikowałam.

- Zmodyfikowałaś? - Zainteresował się Połaniec.

- Ano, powiązałam ich mentalnie z Welesem. W pewnych sprzyjających okolicznościach, było bardzo duże prawdopodobieństwo, iż sprowadzą go na ziemię. A stamtąd będzie mógł wrócić w zaświaty.

- Ale tak „zmodyfikowani" są dla nas, mieszkańców zaświatów widoczni jak świeczka w ciemnej komnacie. Przecież, skoro za tym wszystkim stoi ktoś od nas, to z pewnością miał baczenie na ziemię. I bez trudu by zauważył taki „ludzki przekaźnik". Co natychmiast by zrobił, nie muszę chyba wyjaśniać. - Rzuciła Isztar.

- Homo alieni iuris! - Krzyknął milczący dotąd Ponury. - Nikt z zaświatów nie mógł mu nic zrobić! Tylko ten, pod czyjego prawo tenże człowiek podlegał!

- No i mamy jasność. - Dodał Marny. - To dlatego przez ten czas był taki wysyp przypadków tego typu. I dlatego było tyle zleceń, nazwijmy to... specjalnych. Ale nie udanych, bo tylko ty mogłaś ich zgładzić.

- Nie ja. - Odparła Mokosza. - Chciałam się zabezpieczyć, gdyby ktoś chciał mnie zmusić do usunięcia tej ochrony. Przypisywałam ich prawu Welesa. Tylko on może dać na nich zlecenie.

- Sprytne. - Uśmiechnął się ten ostatni. - Ale co w takim razie poszło nie tak, że trwało to tak długo.

- Ano właśnie. - Westchnęła. - Ludzie. Jak tylko któryś zauważył, że omijają go wszelkie niebezpieczeństwa, nabierał przekonania, że jest nieśmiertelny. Lub coś w tym rodzaju.

- No, - dorzucił Marny. - To były bardzo frustrujące zlecenia. A im bardziej nam się nie udawało, tym bardziej byli bezczelni w swoich wyskokach.

- No i tu pojawiał się problem. - Kontynuowała Mokosza. - Teoretycznie, dzięki ochronie obcego prawa, mieli czas, by nieświadomie pomóc ci wrócić. Jednak ci moi wybrańcy, bardzo szybko zaczęli robić kariery, w co bardziej niebezpiecznych zawodach. Wojacy, konkwistadorzy, najemnicy i wszelakiego autoramentu awanturnicy wyrastali z tych, których wybrałam. Co prawda polujący na nich egzekutorzy, nie mieli możliwości im zaszkodzić, ale bełt z kuszy, wysłany z inicjatywy innego człowieka już tak. Koniec końców, zanim trafiła się sprzyjająca okoliczność by cię – Tu zwróciła się do Welesa – sprowadzić, już nie żyli.

- Grunt, że w końcu się udało – Rzucił Krowiorogi.

- Bo zmieniłam sposób doboru wybrańców. - Odparła bogini. - Dotychczas modyfikowałam dzieci i od samego początku nakładałam na nich twoją ochronę. Chciałam mieć pewność, że będą mieli wystarczająco dużo czasu, by ściągnąć cię z powrotem. Ale jak wiemy, to właśnie było powodem, że szybko ginęli. Zmieniłam więc podejście. Co prawda szansa bardzo zmalała, jednak nie miałam wyjścia. Znalazłam pewnego osobnika. Zero ambicji, charyzmy i pozycji społecznej pozwalającej na rzucenie się na podbój świata. I do tego stary i leniwy. Teoretycznie ideał do tego zadania.

- Franc. Znam go. - Odezwał się po raz drugi Ponury. - Miałem na niego parę zleceń.

- Nie tylko ty. - Dodał Dux egzekutorów. - Mnie także chciano go naraić. I z tego, co wiem, próbował także ktoś jeszcze.

- Myślisz o tej zawalonej kamienicy? - Spytał Ponury, a Marny potwierdził skinieniem głowy.

- Tylko nie mam pojęcia, jak w tak krótkim czasie udało mu się ciebie sprowadzić? - Głośno zastanowiła się Mokosza. - Nawet nie zdążyła się ustabilizować więź między wami. Na to trzeba wielu lat.

- Bo to nie on. - Wtrącił Weles. - Ściągnął mnie jakiś anioł. Którego wcześniej wezwał tenże Franc. Nazywa się Andżelus, o ile pamiętam.

- Niemożliwe, - odparła Isztar. - Musiałby chcieć cię wezwać, lub mieć z tobą więź.

Weles uśmiechnął się tajemniczo, gdyż przypomniał sobie pewien szczegół z pobytu w pubie Schron. Pewien zapach.

- Ruta. - Powiedział.

- Co, ruta? - Spytała Mokosza.

- Jarał rutę. Ten anioł. Nie potrzeba było ani więzi, ani długiego czasu. Święta roślina poświęcona bogom magii i zaświatów. A ja nie chwaląc się, jestem i jednym i drugim. Ludzie przez wieki przywoływali mnie, paląc ją na ołtarzach.

- Z tego, co mi wiadomo, to zazwyczaj bez skutku. - Rzuciła sceptycznie Isztar.

Weles roześmiał się. - Bo byli ludźmi. A tym razem była to istota o nieporównanie większej mocy! - I wychylił róg miodu.

Tak to, jeden ze składników Francowego Superblanta, nabyty w internetowym sklepiku „www.magiczne_ziołka.com", za 27,99 PLN, spowodował niezłe zamieszanie w Zaświatach. A konkretnie w Departamencie Czwartym zwanym jako „Ziemski". I jak się potem okazało, nie tylko tam.

 

Weles siedział na jedynym ocalałym biurku w zdemolowanym Instytucie Pamięci Historycznej, który to instytut był jego dawnym gabinetem. Boruta, wysłany na poszukiwanie dawnych przyjaciół i sojuszników Krowiorogiego Boga, jeszcze nie wrócił. Miał więc chwilę, aby zebrać myśli i postarać się ułożyć jakiś plan działania.

Nie minęła jeszcze ziemska doba od czasu, gdy wyrwany z miejsca zsyłki przez jarającego Andżelusa, pojawił się w pubie Schron.

Zsyłka. Dziwne miejsce, w którym spędził ostatnie tysiąc lat. Jedno milenium w zaświatach to nie był długi okres, ale tam... Tam czas płynął inaczej. Dłużył się niemiłosiernie, a nie mając nadziei na powrót, potęgował uczucie beznadziei. Dziwne to uczucie ta beznadzieja. Dziwne dla przyzwyczajonego do swej potęgi boga. Chyba dopiero tam, w tym dziwnym miejscu zaczął zastanawiać się nad ludźmi. Bo czuł się po części jak człowiek. Chociaż nie, rasa ludzka zastanawiała go już wcześniej. Jej motywacje, nie wiadomo skąd i po co brana agresja, bezsensowna chciwość.

Tam, po raz pierwszy zaczął rozumieć ludzi. Przez odczuwaną właśnie beznadzieję. To chyba był klucz do zrozumienia duszy człowieczej.

Z zadumy wyrwał go odgłos zbliżających się kroków. Chwilę potem, dwuskrzydłowe drzwi otwarły się na oścież, a do pomieszczenia wszedł Boruta. Za nim pojawili się Dżordż, Marny, Isztar i Połaniec. Za Marnym stał inny egzekutor, którego Krowiorogi nie kojarzył.

- Niewielu – Pomyślał Weles i zeskoczył z blatu mebla.

- Chwała Wam! - Tubalnym głosem przywitał przybyłych, a na jego twarzy po raz pierwszy tego dnia zagościł szczery uśmiech.

- Chwała! - Odpowiedzieli, i rzucili się mu w ramiona. Po chwili spędzonej na poklepywaniu i obściskiwaniu, usiedli na wyciągniętych z rumowiska ławkach i krzesłach.

Weles popatrzył w milczeniu na siedzących naprzeciwko. Marny, Dux Aliquantulus, szef egzekutorów. Kompan z dawnych lat, z którym nie jeden róg ziemskiego miodu wychylili.

Dżordż, przystojniak i babiarz, ale lojalny przyjaciel, który wiele razy dał dowody swej przyjaźni. No i bardzo niechętny Jehowahowi. To on pierwszy zwrócił uwagę starszych na niepohamowane ambicje młodego referenta do spraw ludów koczowniczych. Może gdyby Starsi dali posłuch ostrzeżeniom Dżordża, referent Dżimi nie stałby się bogiem Jehowahem. Ale cóż, stało się.

Na tej samej, w miarę niezniszczonej ławie, co Dżordż siedział Połaniec. Anioł o lekko szarych skrzydłach był w czasie, kiedy kontrolę nad obecnym Wydziałem do Spraw Ludzkich sprawowali Starsi, kimś w rodzaju łącznika z pozostałymi Wydziałami Departamentu. Kiedy Stwórca przestał interesować się ziemskim eksperymentem, rzesze pracujących przy nim bogów, aniołów i innych istot, przejęły faktyczną kontrolę nad departamentem Czwartym. Czyli nad ziemią. Podjęto wtedy decyzję, że dzieło Stwórcy nie powinno pozostać pozostawione samemu sobie. Podzielono się, więc wszelkimi obowiązkami tworząc różne, niezależne Wydziały. Połaniec był jednym z tych, których praca pozwalała na koordynację wszystkich działań związanych z kontynuacją Projektu. Obecnie miał mało pracy związanej z ludzką rasą. Od kiedy kontrolę nad wszelkimi aspektami związanymi z ludźmi przejął Jehowah, współpraca zamarła.

Weles spojrzał na jedyną w tej grupie boginię. - Jak zawsze piękna, - pomyślał, patrząc w jej wielkie, krowie oczy. Ciemne, krótko ścięte włosy, podkreślały zmysłowo rzeźbiona szyję i kształtne ramiona. Isztar porzuciła pracę w gronie Starszych na długo przed całą tą chryją ze zniknięciem bogów, i skuszona awansem opuściła departament Czwarty. To prawdopodobnie zadecydowało o tym, że nie podzieliła losu swych dawnych współpracowników, kiedy władzę przejął Dżimi vel Jehowah.

Weles odchrząknął.

- Dobrze was tutaj widzieć, - zaczął, – choć nie ukrywam, że martwi mnie, iż tak mało nas tutaj. Jak widzicie, wróciłem, i chyba trzeba będzie coś zrobić z panującym tutaj bajzlem.

Kiedy zebrani w milczeniu przytaknęli skinieniem głów, kontynuował:

- Połaniec, oświeć mnie, co tutaj się tak właściwie dzieje. Tylko w miarę rzeczowo i zwięźle, bo chyba nie mamy zbyt wiele czasu.

Wezwany do tablicy anioł, potarł ręką po krótkim, siwym zaroście i powiedział:

- No cóż, kiedy odeszliście...

- Raczej wydupczono nas stąd. – Wtrącił Boruta, przeżuwając kartki ze znalezionego w rumowisku segregatora.

- Nie przerywaj – Krowiorogi grzecznie poprosił biesa. - Kontynuuj.

- Więc kiedy zabrakło was, Dżimi przejął kontrolę nad wydziałem. Miał chyba plecy, choć nie wiem, kto dał mu takiego kopa w górę. Nieważne. Istotne jest to, że w krótkim czasie administracja tego wydziału zaczęła się rozrastać w niekontrolowany sposób. Najpierw pościągał nie wiadomo skąd różnych przydupasów, dając im ciepłe, niczemu niesłużące posadki. Potem zaczął werbować najzdolniejszych z pozostałych Wydziałów. Koniec końców jest taki, że prawie wszyscy najzdolniejsi z Departamentu pracują dla niego. Pozostałe wydziały skurczyły się, a zatrudnieni w nich to niekompetentne durnie. Wydział Geologii jeszcze jako tako funkcjonuje, ale na przykład klimatem nie ma komu tak naprawdę się zająć. To, co się w tej dziedzinie na ziemi dzieje to istny burdel. W pozostałych Wydziałach tak samo zresztą.

- No, ciekawe, - Weles wstał i zaczął przemierzać swój dawny gabinet. - Wychodzi na to, że mały Dżimi okazał się zręcznym i przebiegłym skurwielem. Pozbył się nas, bo marzy mu się władza absolutna...

- Na pewno jemu? - Dobiegł uszu zebranych obcy głos.

Wszyscy nerwowo odwrócili się w kierunku drzwi, w których progu stała zakapturzona postać.

Zerwali się na nogi, przewracając meble, na których jeszcze przed chwilą siedzieli. Odruchowo, nauczeni wieloma burdami, w których uczestniczyli dawnymi czasy, przyjęli obronny szyk. Tak, w zaświatach, kiedy władali nimi Starsi, nie było tak nudno, jak obecnie. Awantury i bójki zdarzały się nad wyraz często.

Teraz, nieświadome, wyuczone ruchy zadziałały automatycznie. Weles, Isztar, Dżordż i dwaj egzekutorzy momentalnie utworzyli szereg, za którym schowali się Boruta i Połaniec. Bogom i Egzekutorom nic poważnego w zaświatach nie groziło. No, prawie nic. Jeśli moc agresora byłaby naprawdę duża, mogli zaliczyć porządne sińce i stłuczenia. W najgorszym razie groziła im utrata filmu na krótki czas. Jednak istoty pośledniejszego stanu nie były już tak bezpieczne. Co prawda śmierć im także nie groziła, jednak parę setek lat w lazarecie także nie była miłą perspektywą.

Stali więc i czekali w napięciu na to, co ma się wydarzyć.

- No, no... Jak za dawnych czasów... - Zakapturzona postać zrobiła krok w kierunku czekających na atak spiskowców. I powoli zdjęła kaptur.

 

Tego dnia miał Franciszek wyjątkowo zły dzień. Od rana padało, w nocy niezidentyfikowani członkowie kociego gangu zeżarli przeznaczony na Franciszkowe śniadanie pasztet, bolała go skręcona dwa dni wcześniej noga i zostało mu siedemnaście pięćdziesiąt na cały dzień. Gdyby tego jeszcze było mało, Lolek z Pawłem wyjechali do wiejskiej posiadłości tego pierwszego, w celu malowania płotu i picia wódki. Boon wsiąkł gdzieś od paru dni, a do Rebego nie mógł iść, gdyż wisiał na barze za dwa piwa. Musiałby więc się uiścić. Co przy obecnym stanie finansów Franciszka byłoby bardzo niewygodne. Tak, Cafe Zaszyta dzisiaj odpada.

Pozostał Schron. Po pierwsze tam jego konto było czyste. Po drugie mógł spożyć na kredyt. A po trzecie miał nadzieję na spotkanie tam Romana.

Znał go stosunkowo od niedawna. W każdym razie porównując z czasem, w jakim znał resztę swojej ekipy. Ale ten wiecznie rozkojarzony i gadatliwy koleś przypadł mu do gustu. Nie od razu co prawda. Na początku po prostu nie wkurwiał go. A to był w oczach Franca szalony plus. Z biegiem czasu, wypitych piw i innych płynów, po wielu przegadanych wieczorach, niewkurwianie zmieniło się w coraz bardziej zażyłe koleżeństwo. Co by dużo mówić, lubił szczeniaka, choć sam by się do tego nie przyznał.

Schron, o dziwo mimo wczesnej pory był otwarty.

Choć jeden kurwa, plus dzisiaj – pomyślał Franciszek, schodząc po schodkach do sali z barkiem. Jednak nim przeszedł cztery kroki, zrozumiał, że ta nadzieja była płonna.

Kasia, Dużuś, Michał i parę innych znanych Francowi z widzenia osobników płci obojga, siedziało wgapionych w blat stolika i prowadziło ożywioną wymianę zdań.

Pierwsza zauważyła stojącego w drzwiach Kasia.

- O! Franc! Siadaj. W scrabble gramy, wiesz? - Zaszczebiotała właścicielka pokaźnego biustu.

- Widzę – rzekł, a na jego twarzy zagościł grymas bezgranicznego obrzydzenia.

Scrabble, karty, lotki, piłkarzyki i kalambury wywoływały w umyśle Franca krótkie spięcie, zwłaszcza kiedy te, i im podobne rozrywki odbywały się w knajpie. Zaprzątały uczestników do tego stopnia, że jakakolwiek próba wymiany zdań, zazwyczaj paliła na panewce. Zazwyczaj w trakcie rozgrywek Franc nudził się niemiłosiernie. Do tego należy dodać, iż często w wyżej wymienionych zabawach czynny udział brał bufetowy, co z kolei przekładało się na szybkość realizacji zamówienia. Ile to razy spragniony Franciszek, kiedy podejmował próbę zwrócenia uwagi na swój pusty kufel, słyszał: „Zaraz, gram przecież..." Albo „Nie możesz poczekać? Moja kolejka jest teraz..."

Poza tym, co może najistotniejsze, zawsze, kiedy próbował uczestniczyć w zabawie, dostawał cięgi i kończył jako przegrany.

- „Do dupy taka zabawa!" - Pomyślał, kiedy ostatni raz przegrał z ociężałym umysłowo Pawłem w scrabble. I to z wynikiem ponad pięciokrotnie słabszym od barmana. Siódmy raz z rzędu. Od tej to pory był zagorzałym przeciwnikiem tego typu rozrywek.

Zamówił piwo i usiadł przy barze tak, aby nie musieć patrzeć na wesoło bawiących się znajomych. Zamówienie, a jakże zrealizowane zostało z pięciominutowym opóźnieniem, bo Dużuś upierał się przy istnieniu jakiegoś nieznanego pozostałym słowa.

Aby się czymś zająć, sięgnął po gazetę. Jak można się było spodziewać, w niej także nie było pozytywnych wieści.

„Frank szwajcarski przekroczył rekordowy poziom! - Rząd i opozycja zastanawia się nad zamrożeniem kursu" - Tłustym drukiem wrzeszczał nagłówek artykułu na pierwszej stronie. Ta wiadomość powinna wisieć Francowi kalafiorem, gdyż przy jego obecnym stanie posiadania, mógłby nabyć co najwyżej pięć jednostek tej waluty. Jednak jego pokrętny umysł zaczął analizować tego newsa, gdyż coś mówiło mu, że być może ta informacja będzie korzystna także dla niego.

Więc tak... Skoro zarówno rząd, jak i opozycja chcą ulżyć tym wszystkim biedakom, którzy spłacają swe luksusowe apartamenty, wiejskie rezydencje i jachty, to może innym także pomoże? Bo czym różni się ktoś, kto zaciągnął korzystny kredyt, a teraz na skutek recesji jest finansowo w plecy, od giełdowego gracza, który stracił na spekulacji zbożem? W zasadzie niczym. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, to może ustawodawca pomyśli także o Francu, który to nabył z początkiem tygodnia siedemdziesiąt puszek kociego żarcia, po cztery dwadzieścia za sztukę? Nie dalej jak wczoraj, okazało się, że te same puszki, można kupić w promocji po niecałe trzy sześćdziesiąt. Ergo, Franc stracił czterdzieści dwa złote i siedemdziesiąt groszy. A ta kwota pozwoliłaby zarówno uregulować dług w Zaszytej, jak i przetrwać ze dwa dni kolejne...

Niestety, znając tych cwaniaków z Wiejskiej, nic nie zrobią w sprawie przepłaconego kociego żarcia. No, może poza prezesem głównej partii opozycyjnej. Franc, kiedy to do niego dotarło, poczuł się jak potencjalny elektorat Pisu. Aż się wzdrygnął.

Dokończył piwo i nie pożegnawszy się, wyszedł po francusku, jak mawiają Anglicy. Zresztą nikt nie zwrócił uwagi na jego wyjście, bo wszyscy zajęci byli przekonywaniem Dużusia, iż wyraz „fabrułka" raczej nie istnieje.

Deszcz dalej padał, a Franc przypomniał sobie, że przecież szukał Romana. Skoro nie było go w Schronie, to istniało duże prawdopodobieństwo, że zastanie go w Bellmer Cafe. Była to mała knajpka mieszcząca się w gmachu teatru, w której za barem stała czasami Monthana, przemiła, osobista i aktualna narzeczona Romana.

Kiedy dotarł, okazało się, że nie ma ani jego, ani jej. Ale mają być – jak twierdziła dziewczyna za barem. Kupił więc ulubione ostatnio Raciborskie w butelce i zapadł się w miękkiej sofie.

Rozejrzał się. W rustykalnie urządzonej piwnicy, pełnej miękkich foteli i wyglądających tylko na miękkie sof, prócz niego i barmanki była tylko jedna para. Siedzieli w drugim końcu sali, tak, że do Franca nie docierała prowadzona przez nich rozmowa. Nie mogąc podsłuchiwać, co czasem dawało mu trochę rozrywki, lub tematów do przemyśleń, skupił się na leżącej na stoliku gazecie. Jako iż w lokalu był całkowity i bezwzględnie egzekwowany zakaz palenia, Franc czuł niedosyt. Fajny, ciepły lokal, pyszne piwo i brak tylko fajki. Po niedługim czasie niedosyt zamienił się w irytację. A zirytowany Franciszek równał się Franciszkowi złośliwemu.

Franc potrafił być złośliwy. Właściwie to nie tylko potrafił, ale był złośliwy. Zazwyczaj jego docinki, dodajmy zresztą, że nie zawsze wysublimowane, kierowane były do jego najbliższych. I, o ile jego przyjaciele i znajomi przywykli do prztyczków kierowanych pod swym adresem, o tyle ludzie całkowicie mu obcy reagowali różnie.

Siedział więc, pił a brak nikotyny doskwierał mu coraz bardziej.

W pewnym momencie panna tokująca intensywnie na kanapie naprzeciwko wstała, i podeszła do baru.

Jako iż bufetowa zniknęła gdzieś w czeluściach zaplecza, stojąca przy barze kobieta zwróciła uwagę na stojący opodal regał z książkami. Bowiem w Bellmer Cafe można był także poczytać. Ot, taka fanaberia dla klientów alkoholiczno - intelektualnych.

Franc przerwał lekturę i zlustrował nieznajomą. Ładna, zadbana, acz jak na standardy Franca leciwa. Około trzydziestki. Grzebała wśród książek w oczekiwaniu na przybycie barmanki.

- Żeby wziąć książkę, trzeba pokazać dowód – Rzucił w jej kierunku Franc. Co, dodajmy, było absolutnym kłamstwem.

Kobieta odwróciła się, spojrzała na siedzącego w fotelu obdartusa i z promiennym uśmiechem odparła:

- Tak jak przy zakupie alkoholu?

- Własnie tak.

- To słodkie, ale ja naprawdę mam już skończone osiemnaście. - Teraz dopiero można było zauważyć śliczne dołeczki na jej policzkach.

- Nie o to chodzi – odpowiedział Franc i pociągnął łyka z butelki.

- Więc? - Zaciekawienie pojawiło się na twarzy kobiety.

- Bo kradną! - Odparł i powrócił do lektury Franciszek.

Reakcji na taką impertynencję nie poznał, zresztą gówno go to obchodziło. Grunt, że dał upust swojemu rozdrażnieniu brakiem fajki. Po chwili jednak poczuł, że mimo popełnionego przed chwila chamstwa, jeśli nie zapali, to eksploduje.

- Trzeba wyjść zajarać – Jak postanowił, tak i zrobił.

Po chwili stał już na zewnątrz. Deszcz lał już tak, że i biblijny Noe byłby zdziwiony. Sięgnął po papierosa, ale po chwili namysłu wyjął blanta. W taką pogodę gliny siedzą w bramach lub radiowozach, więc był pewien, że nikt mu nie zepsuje odlotu. Wreszcie odpłynie, a wszelkie troski tego dnia ulecą jak sen jaki złoty. Sztachnął się, a chwilę potem nastąpił trzask i roztoczył się zapach ozonu. Naprzeciw, w strudze deszczu stał Andżelus.

- Franc, nie przypuszczałem, że kiedykolwiek to powiem – Rzucił jednym tchem anioł, – ale dobrze, że zajarałeś!

- Bo co? - Spytał Franciszek.

- Bo musimy pogadać. Chyba masz to... No... - Szukał odpowiedniego słowa Andżelus – przejebane!

- Kurwa. - Westchnął Franc. - A po blancie miało być już tylko fajnie...

 

Jehowah krążył po swoim gabinecie z założonymi do tyłu rękami. I wyrażał swoje niezadowolenie. Dodać trzeba, iż kiedy coś szło nie po jego myśli, potrafił bardzo głośno o tym komunikować. A teraz był właśnie taki moment.

Odprawa, którą w trybie pilnym zwołał w swym biurze po wyjściu Welesa, trwała już dobrych parę godzin. Gro z tego czasu poświęcił na wywalenie zebranym wszelkich, nawet najmniejszych potknięć, jakich się dopuścili w przeciągu minionego millenium. Następnie przez blisko godzinę wypominał im wszelkie łaski, których mieli zaszczyt dostąpić, pracując dla niego, oraz chwały urzędu oczywiście. Kiedy zbliżała się już pryma, przeszedł do meritum, czyli niespodziewanej wizyty jednego ze Starszych, oraz wyjaśnił zebranym, co On o takiej wizycie myśli. To zajęło mu raptem niecałe dziesięć minut, gdyż nie zamierzał raczyć uczestników narady szczegółami tej wizyty. Starczyć miało to, że było to zdarzenie wysoce niemile widziane.

Kiedy zakończył, wrócił za swoje biurko, siadł, a właściwie rozwalił się w fotelu i położywszy ręce na blacie, popatrzył na zebranych.

Na ustawionych w gabinecie krzesłach, siedzieli z lekko opuszczonymi głowami, szefowie paru odpowiedzialnych za bezpieczeństwo instytucji. Był więc szef bezpieki, przepraszam – Bezpieczeństwa Urzędu, niejaki Afoniusz, był odpowiedzialny za wywiad principerator Maxus, oraz główny spec od PR, Asasello.

- Chciałbym wyjaśnień – rzekł Jehowah, kiedy zlustrował już zajętych obserwowaniem swych sandałów podwładnych. - Jakim cudem jeden ze Starszych pojawił się w urzędzie? Po takim czasie?

- Cud? - Zasugerował cicho odpowiedź szef bezpieki.

- Cudów nie ma! - Wrzasnął Jehowah, a blat mebla aż jęknął pod ciosem boskiej dłoni. - No dobra, - Jego Światłość opanował wzburzenie, – Co wiemy o zniknięciu starych capów? - Wzrok Jehowaha spoczął na wijącym się jak piskorz Afoniuszu.

- Nooo... Że zniknęli jakiś czas temu - odpowiadający gorączkowo szukał w pamięci wszelkich informacji. - Ale nie jednocześnie. Przez pewien czas nawet nikt nie zauważył, że co chwilę któregoś nie ma w urzędzie... Zasadniczo to zawsze tak było, że któryś z nich znikał... Gdzieś....

Wzrok Jehowaha niczym dwa sztylety wbił się w Afoniusza.

- A kiedy poleciłem zbadać to zniknięcie?

- No... Jakiś czas temu. - Padła odpowiedź, – Ale...

Piorunujący wzrok Jehowaha przerwał próbę usprawiedliwienia niekompetencji aparatu bezpieczeństwa.

- Dobrze, zostawmy to. - Jego Światłość machnął dłonią, jakby chciał odgonić natrętnego owada. - Podsumujmy, co wiemy. Nie ma tego dużo, więc możesz przerwać studiowanie wzoru mojego dywanu, Asasello. - Ostatnie zdanie skierowane był do głównego speca od public relations. Ten momentalnie zaprzestał wgapiania się w roślinny ornament, który dziwnie kojarzył mu się z kopulującą parą. Jego uwaga w jednej chwili znowu skupiona została na temacie zebrania.

Jehowah ponownie wstał zza mebla i podszedł do siedzącej trójki - Nie wiemy, dlaczego Starsi zniknęli, I nie wiemy dokładnie, kiedy. Więc może, chociaż ktoś wie, gdzie się podziali? - Rzekł, patrząc wymownie na szefa wywiadu, Maxusa.

Ten wzruszył tylko ramionami, jednak kiedy świdrujący wzrok Jego Światłości nie przestał wwiercać mu się w czaszkę, dodał:

- Eee... No więc, w naszym departamencie na pewno ich przez ten czas nie było. Sprawdziliśmy także, że w innych także nie. Co prawda mamy bardzo ograniczone możliwości infiltracji wydziałów nie podległych Jego Światłości, ale wszelkie przesłanki mówią, że nie było ich w całych zaświatach.

- Na pewno?

- Tak, Z całą pewnością. To znaczy na jakieś dziewięćdziesiąt pięć procent. - Potwierdził Maxus.

- Ziemia? - Krótkie pytanie Jehowaha zostało rzucone niepotrzebnie, gdyż gdyby któryś ze Starszych był ostatnio na ziemi, z pewnością on pierwszy by o tym wiedział.

- Na ziemi także nie. - Na niepotrzebne pytanie została udzielona niepotrzebna odpowiedź.

Jehowah oparł się o blat biurka i zamyślił się przez chwilę. Podwładni w skupieniu oczekiwali na to, co Najwyższy powie.

- No to przynajmniej wiemy, że nie wiemy gdzie byli. Nooo... Ale od czegoś trzeba zacząć. - Sarkazm w ustach Jehowaha był bardzo na miejscu. - A jutro, - popatrzył na każdego z siedzących z osobna i wystarczająco długo – Jutro na tym blacie ma być pełen raport. - I postukał palcem w dębowy mebel.

- Ale jak to, do jutra? - Afoniusz starał się wyrwać choć trochę więcej czasu na śledztwo – Jak mamy to zrobić w tak krótkim czasie, o Wszechwiedzący??

- Nie wiem. - Padła odpowiedź.

Dopiero po chwili wszyscy uświadomili sobie, jak głupio to zabrzmiało.

 

 
1 , 2